.

piątek, 28 kwietnia 2017


Są takie książki, które nie potrzebują głośnej reklamy abyśmy wiedzieli, że musimy je przeczytać. Książki, które maja w sobie "coś" co zwraca na nas swoją uwagę, krzyczy "Weź mnie!" i przyciąga jak magnes. Tak było i w tym przypadku. Kiedy mniej więcej rok temu w internecie ujrzałam tę książką w oryginale, marzyłam aby kiedyś pojawiła się w Polsce i trafiła w moje ręce. Okładka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest urzekająca, niezwykła, magiczna i hipnotyzująca.... przepiękna. Obok niej nie da się przejść obojętnie. Jednak jak mówi stare porzekadło "Nie oceniaj książki po okładce". Na pierwszy rzut oka prosta i nieciekawa oprawa graficzna w rzeczywistości może okazać się cudowną lekturą od której nie sposób się oderwać, natomiast artystyczna - zwykłym czytadłem o którym szybko się zapomina. Czy warto było tyle czekać na polskie wydanie "Pax'a"? Czy książka jest tak samo "magiczna" i urzekająca jak jej okładka?

Poznajemy historię dwunastoletniego Petera, który krótko po śmierci swojej matki znalazł w lesie małego, osieroconego liska. Chłopiec postanowił się nim zaopiekować, nadał mu na imię Pax i od tej chwili stali się najlepszymi przyjaciółmi. Niestety pewnego dnia ich życie przewróciło się do góry nogami. Ojciec Petera musi iść do wojska, a chłopiec zostaje oddany pod opiekę dziadka, gdzie spędzi najbliższe pół roku. Niestety nie może zabrać liska ze sobą, dlatego zostaje on wypuszczony do lasu. Jest to bardzo ciężka i trudna decyzja dla nich obu z którą ciężko jest się im pogodzić. Jednak Peter wie, że tak musi być, gdyż jego ojciec jest pod tym względem bardzo stanowczy i surowy. Kiedy przychodzi czas rozstania chłopiec pozostawia w lesie żołnierzyka, którym Pax uwielbia się bawić, wiedząc, że ten pobiegnie za drobiazgiem i wkrótce wróci do niego. Przypuszczenia chłopca sprawdziły się. Lisek rzeczywiście udał się w poszukiwaniu swojej ukochanej zabawki, jednak nim zorientował się w całej sytuacji i dotarł na miejsce, ojciec z chłopcem odjechali.

Czas rozłąki jest dla nich ogromnie bolesnym przeżyciem. Już pierwszej nocy po przybyciu do domu dziadka, Peter uświadamia sobie, że nie może żyć bez swojego czworonożnego przyjaciela. Zabiera ze sobą wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i wyrusza do oddalonego o ponad pięćset kilometrów rodzinnego domu w poszukiwaniu Paxa. W tym samym czasie Pax postanawia nie opuszczać miejsca w którym zostawili go ludzie. Z tęsknotą spędza tutaj długie godziny w oczekiwaniu na powrót swoich właścicieli i ukochanego chłopca. Jednak, gdy ten się nie pojawia, uświadamia sobie, że aby przetrwać będzie musiał poznać panujące w nim zasady, nauczyć się zdobywać pożywienie, schronienie i znaleźć porozumienie z innymi zwierzętami. Jednocześnie w sercu nieustannie nosi ogromną nadzieję, że chłopiec jednak po niego wróci...

Opowieść pisana jest z perspektywy Petera i Paxa, dzięki czemu możemy lepiej poznać i zrozumieć uczucia obydwu bohaterów. Tutaj muszę przyznać, że o wiele bardziej zaciekawiła mnie i wciągnęła ta druga część. Z zainteresowaniem czytałam historię Paxa to jak stopniowo aklimatyzował się w lesie, poznawał tamtejsze zwierzęta, ich życie, historię... to jak widział świat, ludzi, wojnę i to co wojna robiła z ludźmi i światem. Część widziana oczami chłopca choć równie ważna, wydała mi się nieco mniej ciekawa, ale to tylko moje zdanie. Jakby nie było to obydwie części tworzą tę historię - bez jednej części nie mogłaby istnieć druga i odwrotnie.
 To coś więcej niż słowa zapisane na kartkach papieru, więcej niż historia o przyjaźni dziecka i zwierzęcia....
To opowieść o przepięknej i prawdziwej miłości, przyjaźni, szacunku i relacji człowiek - zwierze. Na przykładzie tej prostej historii autorka pokazała nam, że zwierzęta nie muszą być i nie są dla człowieka wrogami, tak samo jak człowiek dla zwierząt. Może połączyć ich ogromna i jakże mocna więź, która z czasem staje się coraz silniejsza - niekiedy silniejsza niż między ludźmi. Oczywiście owy przekaz można odnieść również do nas samych, gdyż znajdziemy tutaj wiele uniwersalnych i cennych rad, które warto zapamiętać

"Pax" to opowieść o poszukiwaniu prawdy o sobie, dorastaniu i dojrzewaniu. Opowieść o poznawaniu najważniejszych prawd rządzących światem. Opowieść o tęsknocie, bólu, cierpieniu i samotności spowodowanej rozstaniem i utratą bliskiej nam osoby. Uświadamia, że kiedy ktoś, kogo kochamy zostaje nam odebrany, nasz świat rozpada się na milion drobnych kawałków a nam trudno jest się w nim odnaleźć.
O akceptacji i pogodzeniu się z odejściem bliskiej osoby w tym przyjaciela. Zaakceptowaniu takiego stanu rzeczy, pozwoleniu im odejść.
To również opowieść o wolności, którą doceniamy, kiedy tak na prawdę jej zaznamy a także wojnie, która niszcząc wszystko na swojej drodze tę wolność i bliskie nam osoby odbiera... o przyrodzie dzikiej i nieokiełznanej a także jej sile i ukrytym pięknie.
Opowieść o wojnie i jej sile niszczenia. Wojnie, która niczym choroba zarażająca ludzi, zmienia człowieka, odbierając zdolność do odczuwania miłości i empatii. Wojnie, która niszcząc wszystko na swojej drodze tę wolność i bliskie osoby odbiera.

Jednak to nie wszystko. ,,Pax'' w języku łacińskim oznacza "pokój". Tak więc jest to również opowieść o poszukiwaniu pokoju i swojego miejsca w świecie. Miejsca i pokoju po stracie matki, w ciężkich relacjach z ojcem, w czasie rozstania. Miejsca i pokoju w świecie szalejącej wojny. Pokoju, który może przynieść czynienie dobra. 

Język powieści jest prosty, jednak nie dziecinny, czy banalny. To nie jest zlepek przypadkowo dobranych ze sobą słów. Czytając powieść miałam wrażenie, że każde z nich zostało dokładnie przemyślane. Każde słowo, każde zdanie ma tutaj odpowiednie miejsce, sens i znaczenie co w rezultacie tworzy przepiękną opowieść niosącą ze sobą uniwersalne prawdy i przepiękne przesłanie. Bardzo spodobało się to w jaki sposób autorka opisuje charakter lisa, przyrodę, jej piękno, dzikość, to jak Pax klimatyzował się w nowym otoczeniu. Zrobiła to tak dokładnie i wnikliwie jakby była częścią tej przyrody... jakby miała a nawet "była" lisem.
Przepiękne jest również to jak autorka opisała więź, która łączy chłopca i liska - czuć to całym sobą... Na prawdę można się wzruszyć i uronić nie jedną łezkę.
Autorka dokładnie opisuje również wojnę - to jak jest przerażająca i ile niewinnych ofiar ze sobą niesie. Całość uzupełniają proste, ale urocze ilustracje Jona Klassena, które bardzo dobrze oddają klimat książki.

Jednak by do końca nie było tak pięknie, dostrzegłam tutaj również pewną niezgodność. Osobiście nie mogę zgodzić się z opisem na okładce odnoszącym się do "dynamicznej akcji". Historia rozwija się bardzo powoli - autorka stopniowo buduje napięcie, małymi krokami wprowadzając nas w opowiedzianą historię. Powoli krok po kroku ukazuje to jak zawiązała się relacja miedzy bohaterami, to co czuli, przeżywali. Dla niektórych to może być wadą i z lekka przynudzać (przyznam, że sama jakieś trzy razy odczułam lekkie znużenie), jednak według mnie na tym polega piękno tej powieści. Na tej melancholii, stopniowym odkrywaniu uczuć bohaterów, fabuły... na powolnym zagłębianiu się w treść a także i samą opowieść. Faktycznie to może trochę irytować i przynudzać (a w szczególności młodszych czytelników, którzy nie tego oczekują od powieści), ale wydaje mi się, że dzięki temu jeszcze lepiej możemy przeżywać opowiedzianą historię a nawet stać się jej częścią.
Możecie się domyślić, że w związku z tym nie ma tutaj wartkiej akcji czy jej zaskakujących zwrotów. Autorce chodziło głównie o to by wzruszyć czytelnika i skłonić go do refleksji nad pięknem, sensem życia, przyjaźni... o wojnie, jej sile rażenia, potędze i innych wartości o których mowa w książce. Niestety - młodszy czytelnik z tego faktu raczej nie będzie zadowolony i zniechęcony brakiem większej akcji, szybko może odłożyć ją na półkę..
Ponadto można dyskutować odnośnie wieku młodszego czytelnika. Wiem, że dzieci również należy uświadamiać w różnych kwestiach w tym tych ciężki, ale niektóre opisy wojny były na prawdę "brutalne"

"Wtedy przyszedł człowiek. Miał kij.Rodzice krzyknęli do nas żebyśmy uciekały. Zostałyśmy. Widziałyśmy to. Człowiek podniósł kij i na naszych oczach z mamy i taty bryznęły krew i futro i rozgniecione kości, które zasypały śnieg"
Pax strona 100

Pewnie teraz myślicie, że książkę uważam za prawdziwe arcydzieło. Rzeczywiście napisałam o niej wiele dobrego, bo tak jak wielu, którzy mieli z nią styczność, ja również potrafiłam dostrzec ukryte w niej piękno i przesłanie, jednak nie czuje się nią zachwycona i mam wrażenie, że za jakiś czas o niej zapomnę.
Tak na prawdę powieść swoją treścią nie rozłożyła mnie na łopatki, ale nie czuje się zawiedziona. Według mnie to jedna z lepszych książek w kategorii "Dla dzieci i młodzieży", jakie pojawiły się na rynku i jakie ostatnio miałam okazję czytać. Książek, które po przez swoją prostą, ale piękną treść mówią o ważnych wartościach i niosą ze sobą przesłanie, tylko trzeba zajrzeć głębiej, nauczyć się "czytać między wierszami". Książek po które mogą a nawet powinni sięgnąć również dorośli. 

Jest taka choroba, która czasami dopada lisy. Sprawia, że przestają być sobą i atakują obcych. Wojna to taka choroba, tylko u ludzi.

Autor: Sara Penny Packer | Tytuł: Pax | Wydawnictwo: IUVI | Rok wydania: 2016 | Oprawa: miękka ze skrzydełkami | Ilość stron 296

wtorek, 25 kwietnia 2017


Na rynku pojawia się coraz więcej zbożowych i bakaliowych batoników oraz innych przekąsek, reklamowanych jako pożywne, idealne na diecie, smaczne i zdrowe. Jedne z nich rzeczywiście takie są, z kolei inne to mieszanka cukru, syropu glukozowo-fruktozowego, wzmacniaczy smaku i innych wypełniaczy. Oczywiście po takiego batonika również możemy sięgnąć (w końcu wszystko jest dla ludzi), jednak według mnie warto zainteresować się również tymi na prawdę zdrowymi i naturalnymi, których jest dość sporo w różnych kombinacjach smakowych, tak by można było wybrać coś dla siebie ;)

Oho Idea Natura to polska firma zajmująca się produkcją wegańskich batonów:
✓ naturalnie słodkich, bez dodatku cukru ani i innych substancji słodzących
✓ bez dodatku konserwantów, barwników, polepszaczy smaku, ani żadnej tzw. „chemii”,
✓ bez dodatku produktów pochodzenia zwierzęcego
✓ bezglutenowych
✓ które mogą spożywać m.in. weganie, wegetarianie, dzieci, kobiety w ciąży, sportowcy a także osoby z różnymi problemami zdrowotnymi.

 Batony cieszą oko przepiękną i kolorową szatą graficzną, która zachęca do spróbowania. Tak ładnych opakowań szkoda wyrzucić: miło zostawić je sobie na pamiątkę i wykorzystać np. jako zakładkę do książki  ^_^
 Ich skład jest naturalny, krótki i bez zbędnych wypełniaczy - to w 100% naturalny i zdrowy produkt po który możemy sięgnąć bez wyrzutów sumienia.

 Rok temu na moim blogu mogliście przeczytać recenzję dwóch z nich: batonów bakaliowych  MALAIKA oraz MAURO. Chciałabym przedstawić Wam pozostałe batony - te, które pojawiły się na rynku jakiś czas temu. Dzisiaj zdecydowałam się na batona energetycznego TOTOBI oraz białkowego PAKURI , które w swojej ofercie posiada Oho Idea Natura. Za jakiś czas na blogu pojawi się recenzja batonów warzywnych NIKO oraz ARIA

Baton energetyczny TOTOBI

Skład: figi, morele, rodzynki, słonecznik, guarana, zielona herbata, imbir, olejek cytrynowy.
Opakowanie: 60g
Opis producenta: Totobi. Baton energetyczny z zawartością 91 mg naturalnej kofeiny. Zastępuje kawę dając "kopa" w naturalnej postaci, a do tego jest pożywny i pyszny.

Wartości odżywcza w 100g
Białko 7,5g Węglowodany 53g w tym cukry 35g Tłuszcz 14g  kw.tł.nas 1,8g Błonnik 6,8g Sól 0,01g

Wartość energetyczna w batonie 60g
Białko 4,5g Węglowodany 32g w tym cukry 21g Tłuszcz 8,6 kw.tł.nas. 1,1g Błonnik 4,5g Sól 0g

Opinia: Tego batonika dostałam jako prezent niespodzianka od Natalki za co z całego serca Jej dziękuję a Was zapraszam na Jej blog - na prawdę warto ;)
Opakowanie jest żywe, kolorowe i wpada w oko. Przedstawiono na nim jakiegoś szamana a może człowieka z afrykańskiego plemienia? Jakby nie było obracamy się w odległych, egzotycznych, nieco dzikich klimatach :)
Skład zapowiada się ciekawie: figi, morele (które dzięki morelowemu batonowi Raw Energy polubiłam w tego typu przekąskach) do tego słonecznik, guarana, zielona herbata, imbir i olejek cytrynowy. Trochę niepokoiły mnie te dwa ostatnie produkty za którymi nie przepadam, ale od razu nie nastawiałam się też na nie. 

Baton pachnie słodko bakaliami z delikatną nutą razowca w tle. Jest prostokątny, ciemny (taki brązowawy) z widocznymi pesteczkami fig, kawałkami rodzynek oraz ziarnami słonecznika. W konsystencji zwarty, ale jednocześnie miękki i plastyczny (z jego kawałków można ulepić kulki) a do tego bardzo delikatnie lepki.

Zarówno przekrojenie jak i wgryzienie się w baton nie sprawia żadnych problemów, gdyż ulega od pod naciskiem. Po wgryzieniu się w baton od razu poczułam dla nutę smakową, która skojarzyła mi się z batonem Petarda od Zmiany Zmiany (być może to guarana) wymieszaną z olejkiem cytrynowym i słodyczą daktyli. Olejek dodaje tutaj lekkiego kwasku i takiego orzeźwienia, nieco hamując słodycz daktyli. Mimo iż nie przepadam za wszystkimi olejkami, nie uważam aby była to wybitnie nie przyjemna - kwaśna nuta. Tak na prawdę przeszkadzał mi smak "czegoś" co poczułam na samym początku.
Delikatnie dało się wyczuć także imbir, za którym również nie przepadam, jednak nie jest on tutaj dominujący.
To wszystko razem stworzyło ciekawe i intrygujące połączenie, jednak nie do końca w moim guście. Nie mogę powiedzieć, że baton jest niesmaczny, bo bym skłamała. Jest taki... egzotyczny, "odważny", "inny"... Jak dla mnie zbyt egzotyczny (szata graficzna papierka nie kłamie :D) i dlatego nie wpasował się w moje kubki smakowe. Jednak nie odradzam, bo wśród Was mogą znaleźć się tacy, którym bardziej posmakuje ;)

Wartość energetyczna w 100g - 383 kcal
Wartość energetyczna w 50g - 230 kcal
Ocena -

Baton białkowy PAKURI

Skład: orzechy ziemne, rodzynki, izolat biała (grochu, ryżu), białko konopne, banany*, daktyle, surowe ziarna kakao*, spirulina.
Opakowanie: 60g
Opis producenta: Pakuri to baton białkowy, który zawiera aż 19% białka roślinnego. Charakteryzuje się wyjątkowym smakiem orzechów ziemnych, przez który przebija się nutka chrupiących ziaren kakao.


Wartości odżywcza w 100g
Białko 19,5g Węglowodany 48g w tym cukry 39g Tłuszcz 14g kw.tł.nas 8,8g Błonnik 6,1g Sól 0,29g

Wartość energetyczna w batonie 60g
Białko 12g Węglowodany 29g w tym cukry 24g Tłuszcz 8,3g kw.tł.nas. 1,7g Błonnik 3,6g Sól 0,17g

Opinia: Opakowanie podobnej jak wyżej posiada żywe kolory (mimo iż dominuje tutaj czerń). Umieszczono na nim przypakowanego dżina (czyżby z lampy Alladyna ;P), trzymającego w dłoniach serduszko, serdecznie uśmiechającego się do nas. To już może sugerować, że baton jest pełen energii i dla "twardych" zawodników, ale jednocześnie tych z miękkim sercem. Z kolei nazwa Pakuri, może sugerować, że to baton dla "pakerów" :D
Obok widnieje informacja o tym, że baton zawiera 19% białka, natomiast z tyłu tabelka z wartością odżywczą i skład a ten ostatni jest na prawdę obiecujący - najbardziej przekonały mnie w nim orzeszki ziemne, które znajdują się już na pierwszym miejscu w składzie i surowe ziarna kakao, które bardzo lubię (to nic, ze są na jednym z ostatnich miejsc). Przyznam, że od razu założyłam, że będzie smaczny. A czy taki był w rzeczywistości? :)

Prostokątny baton jest bardzo zwarty, twardy, zbity i zielonkawy (za sprawą spiruliny, która nadała mu tego odcienia). W dotyku również gładki a nawet szorstki oraz lekko suchawy. Z zielonkawej masy miejscami przebijają mniejsze i większe żótawe, czarne i brązowe drobinki. Białe w postaci kawałków suszonych bananów, czarne ziaren surowego kakao, natomiast brązowe - być może łupinek orzeszków ziemnych. Jednak tak na prawdę to nie znając składu batona, ciężko wyodrębnić poszczególne składniki, tak bardzo został on zmielony. Jedyne co rozpoznamy na 100% to ziarna kakao oraz arachidy. Te pierwsze po wyglądzie, natomiast drugie po zapachu.
 A jeśli już o zapachu mowa, to baton przyjemnie choć niezbyt intensywnie, ale jednocześnie wyraźnie pachnie orzeszkami ziemnymi z domieszką "czegoś". Wydaje mi się, że to spirulina albo izolat białka nadał tę "nutę".

Tak jak wspomniałam wcześniej baton jest bardzo zwarty, zbity i twardy - najtwardszy ze wszystkich batonów do Oho Natura. Aby go przekroić należy użyć siły i zrobić to z naciskiem. Stawia opór również pod zębami, jednak nikt nie powinien połamać sobie na nim zębów. Po wgryzieniu od razu da się poczuć wcześniej wspomnianą wysoką suchość a także mączność podobną do batonów Raw Protein (baton rozpada się na kawałki) z tą różnicą, że Pakuri wydał mi się bardziej sypki. Osobiście dla mnie nie jest to wadą a nawet pozytywnie wpływa nad odbiór batona, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że owa "suchość" nie każdemu będzie odpowiadać.
W trakcie wgryzania moje zęby od razu trafiły na ziarna kakao, które bardzo przyjemnie chrupały pod zębami - poczułam również ich przyjemny, naturalny, lekko gorzkawy smak. Nuta orzeszków ziemnych doszła dopiero po chwili, dłuższym żuciu, kiedy baton już nieco rozpuścił się w ustach. Wówczas skojarzył mi się on z cukierkami - michałkami. Po przełknięciu na języku można odnotować delikatny posmak alg - spiruliny. Nie jest to najprzyjemniejszy aromat, jednak nie aż tak intensywny jak w batonie Petarda od Zmiany Zmiany, czy na tyle by mnie do siebie zniechęcić. Obecności bananów bądź też rodzynek nie odczułam.

Całość na moje kubki smakowe przyjemnie i naturalnie słodka, jednak nie przesłodzona. Nie jest to typowy daktylowy "ulepek" ale też tej naturalnej słodyczy mu nie brakuje. Spodziewam się też tego, że znajdą się i tacy, dla których baton może będzie za mało słodki (dla mnie nawet mógłby być odrobinę mniej słodki:P).

Według mnie baton jest smaczny. Może i intensywność fistaszków nie jest aż tak wysoka jak w batonie Raw Energy Peanuts & Dates, ale pamiętamy, że to nie jest ten sam baton i ten smak. W batonie od Raw Energy jest to taka typowa fistaszkowość a tutaj taka... michałkowa, być może przez swoją suchość i sypkość.

Wartość energetyczna w 100g - 407 kcal
Wartość energetyczna w 50g - 244 kcal
Ocena - 5/6 (posmakował mi bardziej od Raw Protein peanut butter)

Mój Ranking:




 Batony można kupić bezpośrednio u producenta a także w sklepach stacjonarnych i internetowych wypisanych TUTAJ.
Ich cena wynosi ok. 5-6zł

piątek, 21 kwietnia 2017

Kasza jaglana to wdzięczny produkt. Możemy zajadać się nią w wersji słodkiej lub słonej na wytrawnie, może stanowić dodatek do obiadu jak i bazę do różnego rodzaju kremów, past kanapkowych, ciast czy deserów. Jednak to nie wszystko, bowiem kasza jaglana to również rewelacyjny produkt, który może służyć jako spód do pizzy. Dzisiaj mam dla Was właśnie taką pizzę: prostą w przygotowaniu pizzę na spodzie z kaszy jaglanej.

Składniki:
1/2 szklanki kaszy jaglanej
sos pomidorowy
ulubione warzywa
ew. sól i pieprz do smaku

Kaszę jaglaną gotujemy do miękkości, doprawiamy do smaku następnie miksujemy blenderem lub rozcieramy dokładnie łyżką.  Masę wykładamy na papier do pieczenia na grubość 1-1,5cm i smarujemy sosem pomidorowym (u mnie koncentrat pomidorowy z dodatkiem pieprzu ziołowego i cayenne). Wykładamy ulubione dodatki i pieczemy w 180C przez ok 20-30 minut.

UWAGI
Spód nieco mi się rozpadał kruszył. Mogą być tego trzy przyczyny:
-  niezbyt dokładnie rozgniotłam kaszę jaglaną (chyba jednak lepiej zrobić to blenderem),
- zbyt cienko rozciągnęłam kasze i to nie było 1-1,5cm
- z lekko przesuszyłam pizze i te 20 minut w zupełności by wystarczyło
Wkrótce do pizzy zrobię drugie podejście i uzupełnię ten przepis o kolejne notatki u uwagi. Zastanawiam się też, czy aby czasem do spodu nie dodać łyżeczki suchego, mielonego siemienia lnianego, które pełni funkcje "zlepiające" - tak dla pewności :)

Tagi: kasza
09:03, ervisha , Inne
Link Komentarze (99) »
 
1 , 2 , 3


Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Tu kupisz ksiażki tekst alternatywny