.

piątek, 16 listopada 2018


  Jakiś czas temu rozpoczęłam przygodę z powieściami sióstr Brontë. Dzisiaj wraz z Villette autorstwa Charlotte Bonte podróż ta dobiegła końca. Co ciekawe wspomniana powieść została oparta na wątkach autobiograficznych a także okrzyknięta arcydziełem jej życia. 

"Im dłużej żyjemy, tym więcej nabieramy życiowego doświadczenia, tym mniej skłonni jesteśmy do surowego sądzenia naszych bliźnich, do podawania w wątpliwość opinii świata".

  Vilette opowiada o losach dwudziestotrzyletniej angielki Lucy Snow. Kobieta w wyniku nieszczęśliwych wydarzeń straciła wszystko na czym jej zależało: rodziców, dom, przyjaciół a także cały majątek. Pewnego dnia pod pływem impulsu wsiadała na statek, który zabrał ją do Francji. Nie wiedziała co czeka ją w nowym miejscu - nie miała przy sobie pieniędzy i nie znała języka. Była w zupełnie obcym dla siebie miejscu, jednak postanowiła nie załamywać się. Zaczęła szukać pracy. Trafiła do miasta Villette, gdzie bardzo szybko otrzymała posadę guwernantki na pensji dla dziewcząt prowadzonej przez Madame Beck a niedługo potem przejęła etat nauczycielki. Wydawać by się mogło, że od teraz będzie tylko lepiej. Jednak życie przyszykowało dla niej inny scenariusz: dziewczęta, które uczyła okazały się głupie i rozpuszczone a jej serce również zaczęło płatać jej figle...

,,(...) ludzie, którzy ponieśli ciężkie straty, zazdrośnie gromadzą i zamykają na cztery spusty pamiątki: ból nie do zniesienia zadają w samo serce momenty nagłego odradzania się żalu."

   Narracja powieści jest bardzo powolna i została poprowadzona w pierwszej osobie ustami Lucy Snow. Stopniowo poznajemy życie Lucy - nie tylko to co kobieta widzi, słyszy i czego doświadcza, ale również jej myśli i wewnętrzne rozterki. Obserwujemy jej życie a także jak pod wpływem kolejnych wydarzeń przechodzi przemianę.
  Sporo tutaj przemyśleń, rozważań, rozmów samej ze sobą co na dłuższą metę może nudzić a nawet nieco irytować. Jednak wierzę, że znajdą się i tacy, którym nie będzie on przeszkadzał - mało tego dostrzegą w nim urok.

"Życie tak się układa, że nigdy nie przynosi tego, czego się po nim spodziewamy."

  Główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii - niejednokrotnie irytowała mnie swoim zachowaniem. Z kolei dziewczęta, które uczyła... nie ukrywajmy to puste i rozpieszczone lale, które mają pstro w głowie (w skrócie - przysłowiowe blondynki).
  Mogłabym do tego dodać jakby na siłę rozwleczoną fabułę, zbyt dużo przemyśleń, wewnętrznych rozterek... Dialogów również ze świecą szukać - stanowią jedynie dodatek. Jak dla mnie tego wszystkiego było za dużo - trochę przytłoczyła mnie ta ilość refleksji. Brakowało mi czegoś co nakręciło by całą tę maszynę i sprawiło, że powieść wciągnęłaby mnie bez reszty. Mimo tego czytałam z przyjemnością.

"Wierzę w źdźbło nadziei i blasku słonecznego, wystarczające do osłodzenia najcięższego nawet losu. Wierzę, że życie na tej ziemi nie jest wszystkim: ani początkiem, ani końcem. Wierzę, drżąc; ufam, płacząc." 

  Największym atutem powieści jest piękny język pełen metafor. Dzisiaj tak pięknie się nie pisze. Z uwagą i szacunkiem do języka, każdego słowa - czuć, że mamy do czynienia z literaturą piękną.
  Do tego należy dodać wiktoriański klimat, który pozwala przenieść do minionej epoki. Autorka przedstawia nam jej realia a także zasady jakie wówczas panowały, jednocześnie niektóre z nich piętnując jak np. krytyka Kościoła Katolickiego.
  Pokazuje nam ówczesne społeczeństwo a także to jak istotną rolę odgrywał majątek - ludzie byli traktowali według tego ile pieniędzy posiadali (w powieści Shirley poruszony zostaje między innymi temat roli kobiety i jej zamążpójścia) Zarówno pani Bonte jak i polska tłumaczka Róża Centnerszwerowa, wykonały kawał świetnej roboty. Brawa. 

"Mądrzy ludzie mówią, że nierozsądkiem jest uważać jakiegokolwiek człowieka za doskonałość."

  Powieść ma swoje mocne i słabsze strony. Jej lektura była dla mnie wyzwaniem, jednak czasu z nią spędzonego nie uważam za stracony. To dojrzała powieść, dlatego nie odradzam aby po nią sięgać. Jednak jeśli w powieściach szukacie akcji i wielkich emocji lub chcielibyście przeczytać typowy romans, to nie wykluczone, że się zawiedziecie. "Villette" to nie romans a powieść psychologiczna z wplecionym wątkiem romantycznym.

  Według mnie to dobra pozycja dla osób spokojnych, oddającym się melancholii odnośnie życia i świata a także lubiącym książkowe wyzwania. Wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z klasykiem, chociaż osobiście ja bym go skróciła o jakąś 1/3 :)
  A okładka z wydawnictwa MG jest piękna :)

Tytuł: Villette | Autor: Charlotte Brontë | Tłumaczenie: Róża Centnerszwerowa | Wydawnictwo: MG | Okładka: twarda | Ilość stron: 688

Tym bigosem odniosłam sukces. Po raz pierwszy mojej mamie posmakowało danie bez ani grama soli. Wcześniej mama chwaliła przygotowane przeze mnie potrawy ale zawsze je dosalała a tym razem nie. Mało tego - mimo iż dzień wcześniej przygotowała dla siebie i taty bigos z indykiem, zostawiając go w lodówce aby się przegryzł, następnego dnia na obiad wybrała moją wegańską wersję :)

Składniki (4-5 porcji)
mała główka białej kapusty (ok. 1200g)
500-600g mniejszych pieczarek
1 większa marchew
1 spora pietruszka
1 większa cebula
spora garść suszonej włoszczyzny (to dla aromatu można pominąć)
4 liście laurowe
kilka ziaren ziela angielskiego
kilka ziarenek czarnego pieprzu
3-4 łyżki koncentratu pomidorowego (lub do smaku)
**pieprz ziołowy Prymat
pieprz czarny
wędzona mielona papryka*poszło mi ok. 100g gęstszego koncentratu pomidorowego plus łyżka rzadszego
**koniecznie użyjcie przyprawy tej firmy - kompozycja użytych w niej przypraw nadaje świetnego smaku i aromatuKapustę obieramy z zewnętrznych liści, dzielimy na ćwiartki i szatkujemy
Marchew, pietruszkę myjemy, obieramy i kroimy w kostkę
Pieczarki myjemy i kroimy w półpasterki. Wrzucamy na patelnię podlaną odrobinką wody i dusimy najpierw pod przykryciem do czasu aż puszczą wodę, a następnie bez aż woda wyparuje. Przekładamy do miseczki a patelnię przecieramy ręcznikiem papierowym. Następnie rozgrzewamy olej i wrzucamy drobno posiekaną cebulę.

 Kiedy się zeszkli dodajemy pieczarki oraz wędzoną słodką paprykę. Smażymy aż pieczarki się przyrumienią po czym doprawiamy pieprzem ziołowym. Całość przesmażamy jeszcze przez chwilę, cały czas mieszając aby smaki się ze sobą połączyły po czym zdejmujemy z ognia.

Kapustę po umyciu szatkujemy. Przekładamy do garnka, zalewamy dwiema szklankami wody i dodajemy liście laurowe, ziele angielskie oraz pierz ziarnisty. Przykrywamy przykrywką i od momentu zagotowania gotujemy ok. 10 minut, następnie dodajemy koncentrat pomidorowy, suszoną włoszczyznę, marchew, pietruszkę oraz pieczarki. Mieszamy i gotujemy jeszcze przez ok. 15-25 min aż kapusta zmięknie, od czasu do czasu mieszając (gdyby była taka potrzeba dolewamy wody) Na końcu doprawiamy do smaku mieloną papryką oraz pieprzem ziołowym jeśli jest taka potrzeba (już nie podgrzewamy bo papryka zrobi się gorzka).
Smacznego

czwartek, 15 listopada 2018

  Istnieją książki, które latami widnieją na liście książek do kupienia. Takie na które patrzysz i bez zaglądania do środka wiesz, że ta książka to jest właśnie to. Dokładnie tak było z książeczką "Nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham", dlatego kiedy zobaczyłam ją w dziale książek dla dzieci ,wiedziałam, że prędzej czy później przeczytam.

  Być może wielu z Was od razu na myśl przyszło opowiadanie o Małym i Dużym Brązowym Zającu które można znaleźć w internecie. Autorem tego opowiadania jest Sam McBratney a dzięki wydawnictwu Egmont od jakiegoś czasu jest ono dostępne również w wersji papierowej - to jest właśnie ta książeczka.

  To bardzo krótkie opowiadania napisane sporej wielkości czcionką - do przeczytania w kilka chwil. Jednak jak w wielu przypadkach tak i tu o wiele większe znaczenie ma to co niosą ze sobą słowa. Według mnie tak też jest z tą opowieścią. Nie wiem czy zdziecinniałam na stare lata, czy to moja wrażliwość (od zawsze byłam wrażliwa) ale za każdym razem kiedy po nią sięgałam czułam się wzruszona. Za każdym razem kiedy czytałam opowiadanie w oryginale płakałam.

  Choć treści jest tutaj niewiele, to ma ona wiele do przekazania. Mały Brązowy Zajączek z całego serca chce pokazać Dużemu Brązowemu Zającowi jak bardzo ważny jest dla niego. Jak wiele znaczy w jego życiu, jak Go ceni, szanuje, kocha... no właśnie.... Kocha. Miłość. Mały Zajączek opowiada Dużemu Zającowi o tym co trudno jest wytłumaczyć: miłości, zrozumieniu, przywiązaniu - tym co kryje jego małe zajęcze serduszko. Przy okazji dowiaduje się jak sam jest ważny i drogi drugiej osobie.

  Kilka zdań.
  Prosta historia.
  Urocze ilustracje.
  A ile piękna, mądrości i przesłania... łez wzruszenia.
  Magia, która tkwi w prostocie.
  Piękny obraz miłości i jej istoty. Obraz, który pomaga zrozumieć potęgę tego uczucia i uświadamia jak ważni są ludzie, którzy nas otaczają. Jak ważne jest to aby mówić im, że są dla nas ważni.



"kocham Cię tak bardzo, jak stąd do księżyca". 

Tytuł: Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham | Autor: Sam McBratney | Wydawnictwo: Egmont | Okładka: twarda

Dzisiaj chciałabym zaproponować Wam prosty w przygotowaniu wegański i bezglutenowy jabłecznik/szarlotkę przygotowywany z połówek jabłek - w moim wydaniu tych z Dziadkowego mini sadku. Smak jesieni, której jako taki prawdziwej u nas jeszcze nie było ;)

I chociaż moja Mama nigdy nie piekła takiego ani podobnego jabłecznika, to zawsze w sobotę w całym mieszkaniu unosił się aromat pieczonych jabłek... szarlotki na kruchym cieście - "Królewskiej" pieczonej z miłością.
 Obowiązkowo dwie bo jedna znikała jeszcze w dniu upieczenia. Czasem były to dwa kruche ciasta z wiśniami z kompotu lub murzynek, ale chyba jednak częściej szarlotka.....

Kruche ciasto z wiśniami w nieco zmienionej ale nadal smacznej wersji już pojawiło się na blogu. Kiedyś przyjdzie czas na murzynka - nie wiem czy w wersji "Maminej", czy zweganizowanej. Będzie również i szarlotka - od Mamy... ale to za jakiś czas. Dzisiaj pozostańmy przy jabłeczniku.


Składniki (na standardową blachę do ciasta 21x32 cm)
1/2 szklanki mąki gryczanej pełnoziarnistej
1/2 szklanki mąki jaglanej
1 szklanka mąki kukurydzianej
3 łyżki mąki ziemniaczanej
2 łyżki mielonego siemienia lnianego
2-3 łyżki ksylitolu (lub do smaku)
szczypta soli
2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
ok. 1/3 szklanki zimnej wody (lub mniej)

dodatkowo:
6 dużych, soczystych jabłek
cukier puder
łyżka otrąb/bułki tartej

ewentualnie:
płatki migdałów
posiekane orzechy
masło orzechowe (użyłam z orzechów laskowych TEGO)
cynamon

 Jeśli nie macie mąk bezglutenowych, możecie zastąpić je mąką pszenną

 Jabłka obieramy, kroimy na pół i wycinamy gniazda nasienne (środki można wypełnić rodzynkami, orzechami, masłem orzechowym, czekoladą lub migdałami).

 Mąki przesiewamy z proszkiem do pieczenia, dodajemy olej, cukier i zagniatamy elastyczne, miękkie ciasto. Dzielimy na dwie części i chłodzimy w lodówce ok. 30 minut.

Wyjmujemy z lodówki jedną część ciasta i wylepiamy nim dno blaszki wyłożonej papierem do pieczenia. Podpiekamy około 10 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 °C

Na podpieczonym cieście wykładamy jabłka do góry zaokrągloną częścią, posypujemy łyżką otrąb lub bułki tartej oraz ew. cynamonem.
Drugą część ciasta wałkujemy na prostokąt wielkości formy (stolnicę delikatnie posypujemy mąką) i układamy na jabłkach. (najłatwiej rozwałkować na papierze, przełożyć ciasto papierem do góry, a następnie zdjąć papier). Dociskamy delikatnie brzegi.

Pieczemy ok. 40-50 minut w 180 stopniach. JEDNAK NALEŻY SPRAWDZAĆ BO KAŻDY PIEKARNIK JEST INNY!
 Po upieczeniu ciasto posypujemy cukrem pudrem.
 Smacznego

środa, 14 listopada 2018

  Wiele razy wspominałam o tym, że od dziecka lubiłam i nadal lubię baśnie. To opowieści z przesłaniem, nauką. morałem - takie, które warto znać. Dlatego ostatnio dość często pojawiają się na blogu - uważam, że o takich książkach trzeba mówić.
  Najbardziej znanymi baśniami najprawdopodobniej są baśnie Braci Grimm oraz Hansa Chrystiana Andersena. I jedne i drugie znajdują się w mojej domowej biblioteczce a te pierwsze darzę szczególnym sentymentem. Na książce czas odcisnął swoje piętno, jednak nadal ona zachwyca. Baśnie w niej opisane są różne: jedne zbliżone do oryginału (np. Kopciuszek - motyw uciętego palca, piety i krwi, która sączyła się z pantofelka), natomiast inne ułagodzone (np. Śnieżka - w oryginale Zła Królowa kazała myśliwemu przynieść serce oraz wątrobę Śnieżki, które potem ugotowała i zjadła, natomiast w ułagodzonej jest to serce).


Mój egzemplarz baśni najprawdopodobniej z 1992 roku z wydawnictwa Nasza Księgarnia (zamiast Roszpunki jest Jagódka :P)

  Nie przypominam sobie abym ja lub moja siostra kiedykolwiek bałyśmy się tych brutalnych opowieści. Dla nas były one zupełnie normalne - śmiem nawet stwierdzić, że podobało nam się to iż nie są cukierkowate i przesłodzone.
  Według mnie to upływ czasu i przeróżni tłumacze sprawili, że wydźwięk baśni i ludowych opowieści krążących przez wieki po miastach, wsiach i wioskach praktycznie całkowicie utracił swój pierwotny wydźwięk i sens. Niejednokrotnie baśnie te zostały tak zmienione, że dorosła osoba nie wie o jaką baśń lub bajkę chodzi.

 


Dziewczynka bez rąk Philipp Grot Johann

 Teraz rynek zalewają kucyki Ponny, różowe księżniczki, jest słodko, zgrabnie, wesoło i nie realnie. A przecież w życiu nie jest jak w bajcie. Powinniśmy oswajać dzieci z brutalnością świata, pokazywać im, że jest na nim również zło, choroby, kłótnie, zwady, nieporozumienia. Dzieci nie są głupie - nie wystraszą się byle czego a na pewne sytuacje opisane w tego typu historiach w ogóle nie zwrócą uwagi. Oczywiście i takie lektury należy umiejętnie wybierać i dawkować - nie widzę dziecka czytającego Grey'a. Tutaj nadal mówimy i baśniach.


Jaś i Małgosia, Philipp Grot Johann, Robert Leinweber 

  Ostatnio w moje ręce trafiło kolekcjonerskie wydanie baśni braci Grimm wydawnictwa REA w którym umieszczono 200 baśni legendy autorstwa Grimmów. Wszystkie ozdobione rycinami Filipa Grot-Johana i Roberta Leinwebera zamieszczanonymi w dziewiętnastowiecznych edycjach baśni braci Grimm . Kopciuszek, Czerwony Kapturek, Śnieżka, Roszpunka, magiczne zwierzęta i wiele, wiele więcej. Bo to nie tylko znane wszystkim baśnie ale również te które będą obce jak np. Brat Łata, Dzieciątko Maryi, Gałązka leszczyny... To wszystko w jednym tomie. Wielkim, grubym, ciężkim, porządnym...

  Nie ma sensu ich analizować - przesłanie każdej odczytamy indywidualnie. Wszystkie pokazują często brutalny i srogi jakim był ówczesny świat. Wówczas rolą baśni było między innymi wychowywanie i ostrzeganie ich.
  Dzisiaj baśnie nie tylko uczą ale są furtką do świata wyobraźni - pewnie dlatego zostały ułagodzone. Choć gdyby tak dobrze się zastanowić świat nadal jest surowy i brutalny. Dookoła nas tyle jest jadu, zła i nienawiści... najprawdopodobniej dlatego wielu nie chce dodatkowo dostarczać ich jeszcze w baśniach. Wszystko zależy zarówno od rodzica jak i dziecka - tego jak dużo rozumie i jak jest wrażliwe...
  Tak na prawdę to temat rzeka. Opinie będą podzielone. Pewne jest jedno. Baśnie niosą (a przynajmniej powinny nieść) ze sobą przesłanie i morał aktualne mimo upływu lat, tylko należy dobrze ustosunkować je do odpowiednich czasów.


Kopciuszek Philip Grot Johann i Anton Robert Leinweber

 Zebrane w tej księdze baśnie to nie przekład z oryginału, czyli języka niemieckiego a przekład przekładu (z języka rosyjskiego) w tłum. Rozalii Skiba. Jednak to nie zmienia faktu, że jest to dobra i ciekawa pozycja jako prezent np. mikołajkowy lub pod choinkę. 



AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny