.

środa, 02 maja 2018

Dzień dobry
Witam się z Wami w majowy, słoneczny poranek. Z jednej strony radość, bo przecież wiosna a za oknem piękna pogoda a z drugiej zniesmaczenie - znikają zdjęcia z bloga. Chyba nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tym faktem :( Jednak mam nadzieję, ze stali czytelnicy bloga pozostaniecie i być może Ktoś nowy tutaj zajrzy.

  Zdjęcia okładki tej książki w wersji angielskiej widziałam już rok temu. Spodobała mi się ona na tyle, że sama książka wzbudziła moją ciekawość. Kiedy niedawno dowiedziałam się o jej polskim wydaniu, postanowiłam tę książkę przeczytać. W Polsce jest to nowość. A czy okaże się bestsellerem na skalę światową? Tego jeszcze nie wiem - czas pokaże.
  Niedźwiedź i słowik a w oryginale The Bear and the Nightingale to powieść Katherine Alen osadzona w czasach Słowian i ich wierzeń. Teraz już pewnie wiecie, dlaczego wzbudziła moje zainteresowanie - mitologia, to co było kiedyś, czyli mnie interesuje. 

  Fabuła nie jest skomplikowana. W Rusi na skrajach pustkowia, gdzie zima trwa większą część roku była sobie niegdyś wieś. Tam wraz z rodziną żyje Wasilisa - dziewczyna, która podczas długich siarczystych wieczorów siada z rodzeństwem przy piecu i słucha bajek, które opowiada im stara niania. Wasia uwielbia te historie a w szczególności bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, jednocześnie szanują duchy chroniące ich domostw przed złem. W każdą niedzielę chodzą do cerkwi i zapalają świece dla Jedynego Boga, w domach wieszają znaki mające chronić przez złem a wieczorami zostawiają okruszki chleba domowemu duszkowi, by mógł się nimi posilić i chronić mieszkańców przed nieprzyjacielem.
  Jednak tylko Wasilisa widzi te wszystkie słowiańskie duszki -  domowe i leśne. Rozmawia z nimi, a z niektórymi zaprzyjaźnia. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy do wioski przybywa ktoś kto, kto tylko nową wiarę uważa za "właściwą". Wszystko co jest związaną z lokalnymi przesłaniami i rodzimą tradycją kultywowaną od pokoleń uważa za "zło wcielone" - wytwór szatana, które trzeba zniszczyć. Wprowadzane zmiany mają swoje konsekwencje. Na wioskę zaczyna spadać coraz więcej nieszczęść. Z lasu wyłania się zło, które podkrada się coraz bliżej.......

"Na Mroza, demona zimy, mówiono czasem Morozko, jednak dawno temu ludzie nazywali go Karachun, bóg śmierci. Był królem najostrzejszej zimy, samego jej środka, przychodził po niegrzeczne dzieci i sprawiał, że zamarzały nocą. To było złowróżbne imię, nie należało wypowiadać go głośno, zwłaszcza gdy Mróz trzymał jeszcze ziemię w swym uścisku. Marina mocno przytulała synka, a on wiercił się i ciągnął ją za warkocz. – Dobrze – powiedziała Dunia po chwili wahania. – Opowiem wam o Morozce, o jego dobroci i okrucieństwie."

  Narracja jest trzecioosobowa. W każdym z rozdziałów śledzimy wydarzenia z życia wielu bohaterów a wprowadzenie do głównego wątku powieści jakim jest walka pomiędzy starymi a nowymi wierzeniami według mnie zbyt długie i rozciągnięte. Niejednokrotnie czułam lekkie znużenie i zmęczenie - chciałam aby coś w końcu się zadziało.
 Mimo tego autorka umiejętnie połączyła świat ludzi z pradawną wiarą i tajemniczymi istotami zamieszkującymi lasy, jeziora i domowe zakamarki. Można poczuć charakterystyczny słowiański klimat, mimo iż w książce nie znajdziecie opisów obrzędów.
 Jest rosyjska kultura, nawiązanie do lokalnych baśni i zetknięcie się ze sobą dwóch wiar - starej, rodzimej oraz nowej, która dopiero wkracza na tereny świata. Co więcej na Rosji po dzień dzisiejszy taka mieszanina wciąż jest obecna i spotykana (wystarczy obejrzeć Kossakowskiego), więc to nie jest tylko i wyłącznie fantazja.

"Krew to jedno. Dar widzenia drugie. Ale odwaga... Ta jest najrzadsza, Wasiliso Pietrowno."

  Podczas lektury oprócz pojawiającego się uczucia zmęczenia, pojawiły się również zastrzeżenia. Wiadomo, że proces nawracania nie był niczym łatwym i przyjemnym, jednak nie do końca podoba mi się w jaki sposób zostaje to tutaj ukazane. Zachowanie postaci, która miała nową wiarę wprowadzać chwilami wydawało mi "niepoprawne". Zastraszanie, wzbudzanie w ludziach lęku przed Bogiem, przedstawianie go nie jako miłościwego i kochającego Ojca a srogiego, surowego i wymierzającego kary, oddawanie czci ikonom nie Bogu, opinia, że można poświęcić czyjeś życie jeśli służy to wyższej sprawie... Taka ambicja, zaślepienie własną misją i wiarą, którą słyszał na co dzień i to za wszelką cenę, nawet jeśli nie pochodzi to od i nie wróży nic dobrego. Aż w końcu gdzieś zatraca siebie...
Ciężko nazwać to chrześcijańskim. A może to tylko moje odczucie?

"- Sam sobie wyznaczyłeś to zadanie, służy twojej własnej dumie. Dlaczego właśni ty miałbyś głosić, czego pragnie Bóg? Ludzie nigdy by cie tak nie czcili, gdybyś nie wzbudzał w nich strachu"

  A być może jest w tym ziarenko prawdy. Z historii wiemy, że okres ten burzliwy. Być może podejmowano się właśnie takich kroków - zastraszania. Poza tym jesteśmy tylko ludźmi. Mamy swoje mocne i słabe strony, wzloty i upadki. Nie zawsze postępujemy właściwie i czasem zbaczamy z właściwej ścieżki - błądzimy. Najważniejsze aby w końcu to zrozumieć i starać się na prawić popełnione błędy, czyny.

     "Daj mi czarownicę i zabierz swoją. Daj mi czarownicę, a będziesz wolny."

  Powieść można określić jako baśń dla starszych czytelników. Nie trudno tutaj znaleźć echa baśni z dzieciństwa a sama fabuła opiera się na jednej z rosyjskich baśni – tej o Morozko, czyli Dziadku Mrozie. Bardzo często można spotkać rosyjskie słownictwo, co najprawdopodobniej miało podkreślić fakt, że akcja dzieje się na Rusi, jednak zupełnie to nie wyszło. Ich spolszczenie uważam za karygodne i tak na prawdę odbierające klimatu i tej "rosyjskości"

     "Strach odważnych... Ten jest najlepszy."

  Ogólnie jest baśniowo i słowiańsko (sporo tutaj słowiańskch istot, które poznałam z Bestiariusza słowiańskiego) ale jednocześnie trochę monotonnie i nudno. Na dobrą sprawę nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nie ma niespodziewanych zwrotów akcji, szokujących wydarzeń, uczucia niepewności, grozy.... Autorka stopniowo dawkuje klimat. Snuje opowieść, swego rodzaju baśń, która może stanowić wstęp do "głębszej" historii i czegoś więcej... W moim odczuciu jako osobny tom powieść nie wygląda najlepiej - wybitna z pewnością nie jest, taki przeciętniak.
 Nie pozostaje nic innego jak czekać na drugi tom, by zobaczyć jak historia się rozkręci i czy w ogóle się rozkręci. W tej chwili poczułam niedosyt i lekkie rozczarowanie.

Fragment powieści do przeczytania TUTAJ

Przepis jeszcze z okresu zimowego, ale jedno się nie zmieniło. Staram się w aby w mojej lodówce zawsze znajdowały się zarówno surowe jak i ugotowane warzywa a w zamrażarce strączki. Dzisiejsza potrawka to wariacja tego, co znalazłam w lodówce. Nie wiem jak ją nazwać. Zupa gołąbkowa? Gulasz? To taki lodówkowy miszmasz z wykorzystaniem między innymi kapusty, która została z przygotowywania gołąbków (wcześniej ją ugotowałam) :)

Składniki
pietruszka, pokrojona w kostkę
marchew, pokrojona w kostkę
kawałek selera, pokrojony w kostkę
ugotowana biała fasola
trochę ugotowanej białej kapusty*
kawałek cebuli
wegański gołąbek (u mnie z kaszą jaglaną, pieczarkami i zielonym groszkiem)
szklanka wrzątku+1-2łyżeczki koncentratu pomidorowego
przyprawy (u mnie zioła prowansalskie i chili)

*może być pokrojona pekińska

W garnku z grubym dnem przesmażamy cebulę. Kiedy się zarumieni dodajemy wrzątek, pietruszkę, marchew oraz kawałek selera pokrojone w kostkę. Jeśli używacie kapusty pekińskiej dodajcie ją na tym etapie. Dusimy do czasu aż warzywa będą tak miękkie jak lubimy. Następnie dodajemy ugotowaną białą fasolę i białą kapustę jeśli nie dodaliście kapusty wcześniej.
Zmniejszamy ogień tak aby płyn lekko "bulgotał". Do bulionu delikatnie wkładamy pokrojonego gołąbka i podgrzewamy. Ugotowaną "zupę" delikatnie przekładamy do miseczki.
Smacznego

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Witam się z Wami w jeszcze kwietniowy słoneczny poranek. Jak Wasze nastroje? Humorki dopisują, wyspaliście się w nocy, zaplanowaliście majówkę?
Ja o majówce nie myślałam i nie myślę. Zbyt wiele się dzieje - co innego mam na głowie. Ten weekend będzie jak każdy inny z tą różnicą, że dłuższy. Jeśli będę w stanie się skupić najprawdopodobniej spędzę go z nosem w książkach i rozmyślaniu... ale nie powiem o czym.
A jeśli już o książkach mowa...  Chyba zanudzę Was recenzjami, które na blogu pojawiają się bardzo często. Jednak co poradzić jeśli co rusz pojawia się lub kiedyś pojawiły się pozycje godne polecenia i tego aby zwrócić na nie uwagę?
Jeśli nie jesteście ciekawi, możecie nie czytać - nie obrażę się. Nie będę Was do niczego zmuszać. Być może część z Was zagląda tu tylko i wyłącznie ze względu na przepisy. Dzisiaj znalazło się miejsce również na część kulinarną.
A może przeczytacie wpis w całości? Będzie mi miło :)Publikując przepis na ciecierzycę ze szpinakiem i pieczarkami wspominałam, że podam przykład na wykorzystanie tej "potrawki". Dotrzymuję słowa i zapraszam na banalną w przygotowaniu pitę zapiekaną z tą potrawką. Wiem, że nie jest to danie na miano Master Chefa, ale smaczne. Jeśli nie macie chlebków pita, możecie wykorzystać tortille, omlet, naleśniki lub zwykłą bułkę, którą wypełnicie tym farszem (po wyjęciu miąższu)

Składniki:
chlebek pita (u mnie domowy - postaram się o przepis)
ciecierzyca ze szpinakiem i pieczarkami

Chlebek pita kroimy. Środek ewentualnie smarujemy jakimś sosem, wypełniamy ciecierzycą ze szpinakiem i podpiekamy w opiekaczu lub piekarniku. Podajemy z surówkami
Smacznego


 Od najmłodszych lat kocham książki i nie wyobrażam sobie aby mogło ich w moim życiu zabraknąć. Z czasem bardzo polubiłam pisać o książkach dlatego poszerzyłam blog o kącik książkowy. Zaczęłam zasypywać Was kolejnymi opisami książek, jednocześnie pamiętając, że jest to również blog kulinarny. Nie będę owijać w bawełnę - pojawi się tutaj jeszcze nie jedna książka ale przeplatana lub w połączeniu z przepisem, tak by zarówno książkocholik jak i osoba poszukująca inspiracji kulinarnych znalazła coś dla siebie.

 Dzisiejsza książka jest nietypowa. Z jednej strony słownik, z drugiej nie koniecznie, bowiem słów w niej umieszczonych najprawdopodobniej ciężko szukać w słowniku i być może nie wszystkie wyświetlą się Wam w "wujku google", kiedy będziecie chcieli wyszukać je w internecie.
 Słowa te są ulotne i nietypowe a zarazem niezwykłe, "wyjątkowe", choć mogą wydać się również i "dziwaczne".  A zetknąć się z nimi można najczęściej osobiście, usłyszawszy gdzieś przelotem.

 Potraficie jednym słowem nazwać czas spędzony z rodziną lub przyjaciółmi przy jednym stole, ten czas radości ze wspólnego celebrowania posiłku, chwili i więzi, która Was łączy?
 Wiecie jak nazwać światło słoneczne przenikające przez liście drzew w ogrodach, parkach, sadach i lasach lub jak powiedzieć na wiatr hulający między drzewami?
 A może zastanawialiście się jak kulturalniej określić nieudolny, lecz radosny taniec lub chęć do potajemnego zaglądania przez okna cudzych domów? Inaczej niż "pokraczny", "ślamazarny" bądź też "podglądacz".
 Wiedzieliście, że istnieje określenie na kupowanie książek i nieczytanie ich - takie gromadzenie na półkach, szafkach nocnych lub podłodze? I to nie jest "kleptomiania". Można nazwać nawet skakanie po kałużach, osobę "bujającą w chmurach" (i nie jest to marzyciel) a także wyjaśnić znaczenie "tam gdzie rosną poziomki". To wszystko przy użyciu tylko jednego słowa - wyjątkowego słowa.

 „Innymi słowy. Niezwykłe słowa z różnych stron świata” to barwnie ilustrowany zbiór słów z różnych zakątków ziemi. Tak jak wspominałam: z jednej strony słownik a z drugiej nie koniecznie. Powstała z miłości autorki do słów a także jej ciekawości do poszukiwania nazw na coś co znamy, ale ciężko określić je słowami np. tęsknota za kimś lub za czymś ukochanym, lecz utraconym. Yee-Lum Mak postanowiła je wszystkie odszukać a swoje spostrzeżenia zapisać.

 Dzięki tej książce poznamy wyjątkowe słowa których brakuje nam do określenia rzeczy pięknych, niezwykłych, niespodziewanych, ulotnych, czasem dziwnych i wieloznacznych. Tych wszystkich na które być może najczęściej nie zwracamy szczególnej uwagi, ale które są nieodłączną częścią naszego życia. A to wszystko w lekki i przyjemny sposób. Nie są to drętwe definicje ze słownika języka polskiego a ciekawa opowieść - podróż do świata słów i do krajów świata.

  Z zainteresowaniem i uważnie czytałam kolejne słowa, czasem łamiąc sobie język aby je wymówić i zastanawiając się, czy poprawnie je wymówiłam. Niestety Michał Rusinek, który współpracując z czteroletnim synem, Kubą (czyżby konsultacja? ^_^) przygotował przekład tekstu, nie umieścił ani transkrypcji jak poprawnie wymówić dane słowa, ani informacji, czy ich zapis jest właśnie poprawną wymową. Ponadto tych słów mogłoby być nieco więcej - 64 pozostawia lekki niedosyt. Nie wydaje mi się aby była to książka, która obowiązkowo musi znaleźć się w domowej biblioteczce, ale jest całkiem miłym dodatkiem.
 Jakby nie było książeczka jest również ciekawa a do tego pięknie zilustrowana. Według mnie to ciekawy prezent dla wielbicieli odkrywania nowych wyrazów i ich znaczeń a także miłośników i kolekcjonerów niezwykłych słów i nie tylko. Wszyscy Ci, którzy lubią trochę "poszpanować" nowym słownictwem również powinni być zadowoleni.

Więcej informacji o książce na: EGMONT.pl

 
 Z zainteresowaniem i ciekawością sięgam po klasykę i literaturę dziecięcą między innymi ze względu na ich przesłanie. Wiele takich publikacji jest nie tylko piękna swoją treścią ale również uczy i skłania do refleksji również dorosłego. Do książki "Hortensja i cień" Natalii O'Hara podeszłam z zainteresowaniem.

 O czym jest książka?
Hortensja jest odważna, miła uprzejma i życzliwa a wszystkie zwierzęta w dzikim lesie to jej przyjaciele. Powinna być szczęśliwa, jednak nie może zaznać pełni szczęścia. Jej cień ciągle się czai za nią i rośnie z każdą minutą. Hortensja postanawia się go pozbyć. Ale później, kiedy znajduje się sama w lesie, odkrywa, że bez cienia wydaje się dużo mniejsza i nie może sobie ze wszystkim sama poradzić…

 Opowieść jest bardzo krótka - liczy zaledwie 32 strony w czym dużą i znaczącą część zajmują ilustracje. Wydawać by się mogło, że prosta i banalna, jednak tak na prawdę mądra i z przesłaniem. Mówi o dziecięcych lękach i obawach - tym, że niektóre dzieci boją się tego co dla nas dorosłych wydaje się oczywiste i naturalne. One nie zawsze to rozumieją i na swój sposób starają się zwalczyć, pokonać, przeciwstawić się...
 Z drugiej strony pokazuje, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się przerażające z perspektywy czasu okazuje się nie takie straszne jak to widzimy - jak widzi to dziecko. Mało tego - najczęściej okazuje się to przyjazne, pomocne, całkiem normalne... To książka o radzeniu sobie ze swoimi lękami i oswajaniu się z nimi.

ilustracje pochodzą ze strony autorki 

piątek, 27 kwietnia 2018


O pojęciu picturebooks dowiedziałam się dopiero w marcu tego roku i dopiero w tym roku tak na dobre zaczęłam "zaznajamiać się" z tego typu literaturą. Wydają mi się one ciekawe i oryginalne. Opowiadają daną historię w dość "nietypowy" sposób - słowami, gdzie tego tekstu jest niewiele i obrazami.... przede wszystkim obrazami. To ilustracje najbardziej wpływają na wyobraźnię czytelnika, pobudzając i rozwijając ją. To one wywołują w czytelniku przeróżne - całkiem skrajne emocje poprzez radość, wzruszenie, smutek, zaskoczenie.... to one dopowiadają to czego nie mogą wyrazić słowa. Książki z tej kategorii na prawdę są oryginalne i ciekawe. Dzisiaj pokażę Wam dwie z nich.

"Pamiętnik Blumki" - Iwona Chmielewska

 Zastanawiałam się od czego zacząć opowiadając o tej książce. Co powinnam powiedzieć? Co pokazać? Nie jest to pozycja łatwa ale piękna i momentami bardzo wzruszająca. Książka niezwykła do czytania, oglądania, a przede wszystkim do zatrzymania się przy niej na dłużej i przemyślenia.
 Autorka tekstu i ilustracji, Iwona Chmielewska stworzyła historię o warszawskim Domu Sierot założonym przez Janusza Korczaka - człowieku pełnym ciepła, wrażliwości o złotym sercu, który kochał dzieci do samego końca. Została ona napisana w formie pamiętnika napisanego przez jedną z wychowanek Doktora - tytułową Blumkę. Dziewczynka najpierw przedstawia czytelnikowi dwanaścioro innych dzieci z sierocińca, a następnie opowiada o najważniejszych zasadach, jakie stosował Doktor i jakie obowiązywały w tamtym miejscu. Pisze o swoich kolegach, koleżankach, wzajemnych relacjach i tym jak spędzają czas. O rozmowach z Doktorem, wakacjach, zainteresowaniach, pasjach i wspólnych troskach.... o sprawach błahych jak i tych poważnych. Pisze o życiu - tak po prostu.

 Mimo iż pamiętnik jest pisany w ciężkich i brutalnych czasach nie ma w nim strachu, bólu, cierpienia i nienawiści. Ze słów wyłania się poważny, spokojny i wrażliwy charakter narratorki - jej dobre serce, wrażliwa dusza i uczciwość. Dla dziewczynki ważni są inni ludzie, nie ona sama a jej największym marzeniem jest, zostać wychowawczynią w Domu Sierot i opiekowanie się innymi dziećmi. Piękne prawda?
 Nie ma tutaj wojny, chociaż wiemy co jest potem.... Tutaj najważniejsze są dzieci i zasady jakie wpajał im Doktor: nie wolno bić dzieci, dziewczynki i chłopcy mają równe prawa, mali są tak samo ważni jak dorośli, trzeba szanować zwierzęta, można hałasować i szaleć do woli...  Doktor uczył miłości, poczucia własnej godności i wartości, tego, że warto i należy być dobrym i lepiej jest przebaczać niż karać.

 Dom o którym pisze Blumka istniał na prawdę - mieścił się w Warszawie przy ulicy Krochmalnej 92. Postać samego Doktora jak i niektórych wychowanków jego domu również są prawdziwe np. Staś, którego za dobre zachowanie doktor wziął na wycieczkę samolotem, jednak pozostałe - wymyślone przez autorkę wydają się bardzo realne. Jednak z pewnością dom sierot zamieszkiwały podobne dzieci do tych opisanych w książce.
 Sam Doktor był niezwykłą Osobą w której wiele było dobra, zrozumienia i miłości do tych najmniejszych i bezbronnych. Nie tylko posiadał dar zrozumienia i empatii ale również potrafił uleczyć każdą dziecięcą duszyczkę a także sprowadzić ją na właściwą ścieżkę. A w czym tkwił ten sekret? Doktor słuchał - słuchał uważnie, cierpliwie i tak długo jak trzeba... Słuchał i rozmawiał - prawdziwie i szczerze.

"Pan Doktor jej do niczego nie zmuszał, tylko dużo z nią rozmawiał, ale tak, żebyśmy nie słyszeli. I Hanna się zmieniła".

 Książka jest wzorowana na stary zeszyt - taki w jakim pisała Blumka. Pożółkłe kartki w linie, zdjęcie dzieci, narysowane postaci, wycinki z gazet, żurnala modowego... pojawia się kałamarz, temperówka na żyletkę, stary kufer, wedlowskie cukierki, kufer na bieliznę, drewniane klamerki do bielizny i zabawki, symbole Judaizmu.... Ukryte symbole, które same w sobie dopowiadają całą historię, to czego nie wyraziły słowa. Symbole, które pobudzają wyobraźnię, skłaniają do refleksji i zadania sobie kilku ważnych pytań. Elementy, które wymagają aby samemu coś dopowiedzieć, doszukać się drugiego dnia.

 Książka objętościowo nie jest gruba ale jak mawiał Doktor "Czasem z cienkiej książki człowiek może się więcej dowiedzieć niż z grubej". To czego Blumka nie wyraziła słowami, uzupełniła ilustracjami. Nie jest to mój styl ale w połączeniu z treścią nabierają innego znaczenia.
 Każda ze stron stanowi otwartą furtkę dla nas. To my uważnie śledząc tekst i każdą z ilustracji i dostrzegając ukryte w nich symbole takie jak np. żydowskie imiona (Aron, Chaimek, Ryfka), menora, czy Gwiazda Dawida dopowiemy zakończenie, to czego nie wyraziła Blumka.
 To nie jest jakaś tam opowieść o Doktorze, garstce dzieciaków mieszkających w geccie i ich opiekunce. Kiedy przyjrzymy się jej dokładnie dostrzeżemy, że to piękna metafora - opowieść o życiu, zgrozie śmierci i zagłady. Jednocześnie

 "pamiętnik jest po to, żeby nie zapomnieć"


 Ostatnie przedstawienie panny Esterki - Adam Jaromir, ilustracje Gabriela Cichowska

 Książka nie należy do łatwych i błahych. Na jej treść składają się fragmenty pamiętników Janusza Korczaka przeplatające się z napisaną przez Adama Jaromira opowieścią dwunastoletniej Geni. Dziewczynka prostymi słowami opowiada o życiu w Domu Sierot założonym przez Janusza Korczaka w geccie warszawskim. O głodzie, innych dzieciach, o ich radościach, marzeniach ale również żalach i smutkach.... o dobrej pannie Esterce, chorobach, obawach i okropnościach II wojny światowej.

"W czasach, kiedy dzień daje tyle wrogich i ponurych wrażeń i doznań, dobre sny są na wagę złota."


 To historia ostatnich miesięcy działalności Domu Sierot doktora Korczaka, jego wielkim, dobrym i wspaniałomyślnym sercu. Opowieść o tym jak on i jego współpracownicy wkładali wiele pracy i wysiłku w to, aby odizolować i uchronić bezbronne dzieci od koszmarów wojny i życia w geccie. Czytając wspomnienia samego doktora (te prawdziwe z Jego pamiętników) jak i zapisków sierot zdajemy sobie sprawę z tego jak trudne było życie w tamtejszych czasach. Brakowało w zasadzie wszystkiego - lekarstw, ubrań, jedzenia, ubrań. Ludzie w tym dzieci umierali z głodu i chorób, w tym tych, które w dzisiejszych czasach uważamy za lekkie. Jednak w tym wszystkim najmłodsi dostrzegały co innego -  że brakuje kolorów i śpiewu ptaków, że nie można wyjść aby się pobawić... nie można po prostu żyć i cieszyć się tym życiem, bo nie ma czym. To sprawia, że dzieci chodzą smutne, apatyczne i przygnębione. Ogromną radość sprawia tutaj chociażby możliwości pielęgnowania kwiatów.


 Tytułowa panna Esterka, czyli Estera Winogronówna była wychowanką Domu Sierot, stara się dodać życiu dzieci koloru - dzięki literaturze pragnie pomóc im zrozumieć rzeczywistość oraz odwrócić uwagę od wojennej rzeczywistości. Zachęca je do wystawienia sztuki teatralnej
na podstawie Poczty indyjskiego poety Rabindranatha Tagorego. Dzięki niej dzieci zajęte przygotowaniami choć na chwilę odrywają się od szarej i brutalnej rzeczywistości. Zapominają o głodzie, chorobach, zagrożeniu i zmartwieniach. Po raz pierwszy od bardzo dawna czują się szczęśliwe. W tym samym czasie Janusz Korczak walczy o to, by znaleźć dla nich choć odrobinę jedzenia, czy pieniądze na utrzymanie sierocińca.

"Ojcze nasz, któryś jest w niebiosach
Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niedola.
Chleba naszego. Chleba..."


 Szata graficzna książki stylizowana jest na stary i zużyty dziennik. Postacie są szkicowane ołówkiem, do tego pojawiają się wklejone kartki z kalendarza, fragmenty gazet, ogłoszeń, kartki na żywność, pocztówki.... realne, autentyczne, PRAWDZIWE.
 Dominują kolory: szary, brązowy i czarny - barwy smutne i mroczne, tak jak mroczne były tamte czasy. Tylko od czasu pojawia się jakiś inny stonowany kolor jak kwiaty pelargonii, jakby miały one symbolizować nadzieję i wiarę w to, że mimo okropieństw i całego zła wojny, jest  "światełko w tunelu" na to, że kiedyś będzie lepiej.

"Pewien chłopiec powiedział mi na pożegnanie:
-Gdyby nie ten dom, nie wiedziałbym, że są na świecie ludzie uczciwi...
Nie wiedziałbym, że można mówić prawdę.
Nie wiedziałbym, że są na świecie sprawiedliwe prawa."


 Zarówno Janusz Korczak jak i Estera Winogronówna to postacie prawdziwe o ogromnym sercu, wrażliwości i miłości do dzieci. Gotowi to największych poświęceń, wszystkimi możliwymi na tamtejsze czasy i środki sposoby starali się ułatwić dzieciom, życie w wojennych gettach, sprawić aby w jak najmniejszym stopniu odczuły skutki i piętno wojny. Janusz Korczak dzieciom poświęcił całe swoje życie. Nie zostawił ich także, gdy przyszła godzina najcięższej, ostatecznej próby. Poszedł z nimi na śmierć, choć proponowano mu możliwość ratunku. Był z nimi do samego końca.

 ”O tym, co działo się na ulicach i w domu, co dzieci tam widziały, słyszały i o czym myślały, zanim wczesnym rankiem piątego sierpnia 1942 roku do ich drzwi zapukał Anioł Śmierci, opowie Wam dwoje jego mieszkańców”.




  Nie są to książki tylko i wyłącznie dla dzieci, to książki dla wszystkich. Każdy odkryje w nich co innego - inaczej spojrzy na nie dziecko, inaczej młodzież, dorosły i ten kto sam przeżył wojnę lub przeżyli ją jego najbliżsi. Inaczej spojrzymy na nie na różnych etapach naszego życia i inne wywołają w nas emocje. Mnie bardzo one poruszyły i wzruszyły - ściska w gardle i chwyta za serce.
 To książki ważne ze względu na przekaz, ale i piękne... po prostu niezwykłe. To wielka historii, odpowiedzialności i empatii. 

Kiedyś, kiedyś przygotowałam wegańską pełnoziarnistą pizzę z patleni wykorzystując warzywa na patelnię :)



AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę tekst alternatywny