.

Ciasta i Wypieki

czwartek, 13 grudnia 2018

Literatura klasyczna. Lubiłam, lubię i wiem, że będę lubić. Czytać, pisać, pokazywać, opowiadać na blogu... Jakiś czas temu opowiadałam o dwóch zbiorach świątecznych utworów Diceknsa "Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem" oraz "Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie". Dzisiaj już bliżej Świąt opowiem o pierwszym "Opowieści wigilijne kolęda prozą"..


  Zbiór rozpoczyna "Kolęda prozą" inaczej "Opowieść wigilijna". Ten utwór zna każdy - jeśli nie z książki to ekranizacji ewentualnie filmu animowanego (nie wiem jak Wam, ale mi animacja nie przypadła do gustu). Pokazuje wewnętrzną przemianę Ebenezera Scrooge'a, który za sprawą wizyty ducha swego zmarłego przyjaciela a także trzech niezwykłych gości: z przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości z bezdusznego, zgorzkniałego i skąpego człowieka staje się zupełnie inną osobą. Wszystko zachodzi podczas tej jednej niezwykłej nocy wigilijnej.

 

  W kolejnym opowiadaniu "Nawiedzony, czyli pakt z duchem" poznajemy historię profesora chemii Redlawie, którego nawiedza niezwykła zjawa - duch, który wygląda tak jak on sam. Widmo nieustannie przypomina mu o tym co złego i przykrego spotkało go w życiu a także co sam uczynił. Gdy nadchodzą kolejne święta duch proponuje Redlawowi pakt - wymaże z jego życia wszystkie złe wspomnienia ale w zamian stanie się roznosicielem tego daru. Profesor bez namysłu przystaje na tę propozycję. Jednak to co na początku profesorowi wydawało sie być wybawieniem w rzeczywistości okazuje się być przekleństwem. Wraz ze złymi wspomnieniami i doświadczeniami zniknęły również wszystkie dobre uczucia jakie były w Redlawie. Ich miejsce zajęły złość: gniew, okrucieństwo i obojętność. Podobnie stało się z otaczającymi go ludźmi. Gdy mężczyzna zrozumiał co się stało, postanowił to zmienić.

  I teraz przyznam się bez bicia - "Opowieści wigilijnej" jeszcze nie przeczytałam. Jest to dla mnie wyjątkowo magiczny utwór, którego lekturę przeznaczam tóż przed Wigilią. Mimo iż treść znam bardzo dobrze zawsze sięgam po bliżej Świąt. Wówczas czuje ten klimat, urok i magię tkwiącą w słowach.

 

  Ale przejdźmy do rzeczy.
  Obie opowieści łączy motyw duchów odmieniających życie ludzi, którzy nie wierzą w magię Bożego Narodzenia. To za ich sprawą przechodzą oni wewnętrzną przemianę i zaczynają zwracać uwagę na to co tak na prawdę ważne w życiu.

   Nie jest to bogactwo, dobre stanowisko w pracy, władza czy też rozpamiętywanie przeszłości a czyste serce, wrażliwość i ludzie, którzy nas otaczają. To aby dzielić się z nimi swoimi radościami, smutkami, nauczyć słuchać a w razie potrzeby pomóc. Dobroć i miłość płynąca z serca nie tylko w Wigilię i Święta Bożego Narodzenia ale każdego dnia - nieustannie. Jeśli otworzymy swoje serca na potrzeby i dla innych ludzi zaznamy prawdziwego szczęścia.... bo tak na prawdę pieniądze, choć ułatwiają życie, szczęścia nie dają - to złudne szczęście, które szybko mija.

Tytuł: Opowieści wigilijne. Kolęda prozą| Autor: Charles Dickens | Wydawnictwo: Zysk i S-ka | Ilość stron: 272

Pieczone pierożki, które można przygotować z dowolnego ciasta: drożdżowego, kruchego, krucho-drożdżowego, krucho-śmietankowego, francuskiego lub ziemniaczanego. Wybrałam te pierwsze, chociaż i krucho-drożdżowe świetnie się komponuje.
Farsz jest prosty: szpinak, pieczarki, cebulka, czosnek.... cebula... tę od dłuższego czasu mogłabym jeść i jeść - w szczególności taką podsmażoną :D tylko wątroba jej nie lubi, ale co poradzić jak jest taka smaczna... i zdrowa w szczególności jesienią :)

Ciasto (ok. 40 sztuk)
1,5 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
1/2 szklanki mąki pszennej
10g świeżych drożdży
szczypta soli
200-250 ml letniej wody

Drożdże rozpuszczamy w niewielkiej ilości ciepłej wody, dodajmy tyle mąki by uzyskać konsystencję gęstej śmietany i odstawiamy na 10-15 minut do wyrośnięcia.
Pozostałe mąki przesiewamy do miski, dodajemy sól oraz wyrośnięty rozczyn. Powoli wlewając wodę wyrabiamy gładkie, elastyczne, lekko lepiące ciasto (zagniatamy ok 10 minut). Następnie przykrywamy ściereczką i ostawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia swojej objętości.

Farsz:
500g mrożonego szpinaku w liściach (polecam Bonduelle)
250g drobno posiekanych pieczarek
cebula
1-2 ząbki czosnku
wędzona słodka papryka
pieprz czarny

Szpinak rozmrażamy a następnie odciskamy z nadmiaru wody.
Pieczarki drobno siekamy.
Na patelni rozgrzewamy olej i szklimy cebulę. Następnie wrzucamy pieczarki i smażymy aż te zmniejszą swoją objętość i przyrumienią się. Wówczas wsypujemy wędzoną paprykę oraz czosnek i przesmażamy przez chwilę. Dodajemy odciśnięty szpinak, mieszamy i smażymy aby smaki połączyły się ze sobą. Doprawiamy pieprzem i studzimy.

Pierogi
Wyrośnięte ciasto przekładamy na stolnicę, wyrabiamy przez chwilę po czym rozwałkowujemy cienko na płat o grubości około 3 milimetrów. Za pomocą szklanki wycinamy z niego krążki. Na środek każdego z nich łyżeczką nakładamy trochę farszu i sklejamy tak jak normalnego pieroga (farsz kładziemy na tej stronie kółka, która przylegała do stolnicy, ponieważ jest bardziej klejąca).

Gotowe pierogi układamy w odstępach balsze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiamy na 20-30 minut do napuszenia. Następnie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni (grzanie góra-dół bez termoobiegu). Pieczemy ok. 25-30 minut do zrumienienia, jednak trzeba to sprawdzać bo każdy piekarnik jest inny.
Smacznego

poniedziałek, 10 grudnia 2018

To już drugi przepis na brownie jaki pojawia się na blogu (pierwszy przepis). Proste w przygotowaniu z ogólnodostępnych składników, bez dodatku cukru (no prawie - nie licząc tego w czekoladzie), mleka i jajek - produktów odzwierzęcych. Aromatyczne, intensywnie czekoladowe, smaczne i na swój sposób zdrowe. Wegańskie brownie

Składniki / 21x21/

* 100g namoczonych rodzynek
*300g czekolady gorzkiej lub deserowej

150 ml oleju rzepakowego/kokosowego (ok 1/2 szklanki)
50-100 ml ml ciepłej wody
2 kopiaste łyżki masła orzechowego (u mnie TAKIE)

 10 łyżek kakao (1/2-2/3 szklanki - użyłam TAKIEGO)
2,5 szklanki mąki pszennej
szczypta soli
łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki mielonego siemienia lnianego

* mogą być również: wiśnie/daktyle/żurawina/morele lub ich mieszanka
** wykorzystałam J.D.Gross z Lidla 70% - możecie użyć o mniejszej zawartości miazgi kakaowej
*** kakao jest od firmy BRAT o której pisałam w HAUL SPOŻYWCZYM

Mąkę przesiewamy do miski razem z proszkiem do pieczenia. Dodajemy kakao, sól oraz siemię lniane.
Czekoladę rozpuszczamy w garnuszku i na małym ogniu razem z olejem oraz wodą.
Rodzynki blendujemy na gładką masę. Jeśli pojawi się problem, dodajemy trochę czekoladowej masy i miksujemy.

Tak powstałą masę dodajemy do suchych składników. Następnie dodajemy masę czekoladową, masło orzechowe i dokładnie mieszamy. Gdyby masa była zbyt sucha jeszcze dolewamy wody.

Wylewamy do natłuszczonej foremki. Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 minut lub dłużej jeśli uznamy, że brownie jest zbyt wilgotne.
Brownie po wyjęciu z piekarnika jest miękkie ale tężeje po spędzeniu kilku godzin w lodówce.
Smacznego


Na koniec aby umilić popołudniowy kawałek ciasta i oczekiwanie na Święta - świąteczna opowieść. Jednak nie taka, która jest powiązana z religią oraz wiarą, mimo iż tytuł może tak sugerować. I mimo iż znajdziecie w niej ziarenka prawdy, jak i cały ogólny przekaz do niej nawiązuje, tak na prawdę to zupełnie nowe spojrzenie na tę historię - taka alternatywna opowieść... z nutką "grozy" ale i przesłaniem



  W małej drewnianej chatce w głębi Finlandii mieszka chłopiec, którego tata nazywa Gwiazdką. Dziecko przedwcześnie straciło matkę, ponadto żyje w ciężkich warunkach, żywi się czerstwym chlebem a jego jedyną zabawką i zarazem pamiątką po mamie jest lalka wyrzeźbiona z rzepy. Tata - drwal ciężko pracuje i praktycznie przez cały dzień nie ma go w domu. Mimo tego chłopiec jest szczęśliwy i posiada w sobie mnóstwo wrażliwości oraz empatii a także wierzy... całym sercem w magię.

  Pewnego dnia jego Tato opuszcza dom na trzy miesiące w celu odnalezienia wioski Elfów. Na czas jego nieobecności opiekę nad chłopcem przejmuje ciotka Karlotta, która nie jest uprzejmą osobą. Kiedy po trzech miesiącach ojca chłopca nadal nie ma w domu, ten postanawia udać się na jego poszukiwania, rozpoczynając największą przygodę swojego życia.

  Chłopiec zwany Gwiazdką Matta Haig'a to opowieść o Mikołaju, jednak nie tym w czerwonym kubraku i workiem prezentów na plecach. Nie jest to również biskup, którego znamy w mniejszym bądź większym stopniu. To opowieść o chłopcu, który chciał pomagać innym.
  Nie jest to słodka, lukrowana i wesoła historia. Miód i czekolada nie wylewają się strumieniami, nie jest błogo i wesoło. To nie zabawa. Znajdziecie tutaj niepewność, tajemnicę i nutkę grozę niczym z baśni braci Grimm lub filmu Grinch Świąt nie będzie. Tym samym nie jest to opowieść dla wrażliwych maluchów. I mam wrażenie, że również nie dla osób którzy tradycję Mikołaja wiążą tylko i wyłącznie z religią.

  Jesteście ciekawi dlaczego?
  Autor stworzył nowe i nietypowe spojrzenie na historię świętego Mikołaja - alternatywną opowieść. Z jednej strony stara się odpowiedzieć na pytania skąd wziął się Mikołaj, którego w naszej świadomości utrwaliła popkultura (ten, który nie ma nic wspólnego z biskupem z Miry) a także tradycja pisania listów, chowania prezentów w skarpety, czy też powstania listy dobrych i złych uczynków.
  Z drugiej tak na prawdę stanowią one skrawek powieści, będąc pretekstem do poruszenia innych - istotnych tematów takich jak bieda, tęsknota, trudne dzieciństwo, pojęcie dobra i zła, poważne i ciężkie wybory a także wiara, dobroć, nadzieja i istota Świąt Bożego Narodzenia...


  Klimat. No właśnie. Wspominałam, że nie jest słodko i wesoło?
  Przełożyły się na to treść jak i ilustracje, które wydawać by się mogło nie pasują do świątecznej opowieści. Jednak zważywszy na tekst, człowiek zupełnie zmienia zdanie - tak na prawdę bardzo dobrze uzupełniają treść tej opowieści.
  Tutaj niemal z każdej strony wydzierają się bieda, smutek i mrok, jednak nie ten "demoniczny", ale który spotykamy książkach z dreszczykiem. Znajdziemy tu między innymi wróżkę bawiącą się w wysadzanie głów elfów, trolla, zdeformowanego i rannego renifera a także poświęcenie aby uratować życie kogoś kogo kochamy. Jednocześnie opisy nie są krwawe i brutalne niczym w horrorach.

    Jednak jak na książkę dla młodszego czytelnika przystało zostają one wplecione w fabułę na przemian z tym co piękne i dobre. Przez tą gorzko-słodką otoczkę przebija morał i wiele ponadczasowych wartości.
  Czytelnik dostrzega odwieczną walkę dobra ze złem, to jak chciwość wyniszcza człowieka i do jakich prowadzi to dramatów. Widzi co tak na prawdę jest ważne w życiu i co stanowi istotę Świąt: dobroć, wiara, czyste serce, życie w zgodzie z własnym sumieniem, poświęcenie dla innych... Rodzina i wspólnie spędzony czas. Nie kłamstwo, pieniądze i prezenty a bycie razem.

  Wyłania się z niej również człowieka, który od dziecka chce pomagać innym. I tak! Jest to portret Mikołaja, który mocno odnosi się do popkultury, jednak tak na prawdę taki sam obraz dostajemy w familijnych filmach o życiu tego człowieka... i nie ukrywajmy, wielu z nas je ogląda. 

  Tym co a raczej kto nie spodobał mi się w książce, to wróżka i wysadzanie w powietrze elfich głów - wprawdzie to tylko jeden fragment i ma on na celu pewien zabieg związany z fabułą a wróżka odnajduje alternatywę tej "zabawy", jednak według mnie można byłoby inaczej to pokazać. 

  W moich oczach Chłopiec zwany Gwiazdką to nie dzieło na miano Diceknsa (chyba nikt i nic nie przebije "Opowieści wigilijnej"), ale doceniam pomysł i przesłanie. Zdaję sobie sprawę również z tego, że za stylem Dickensa nie każdy przepada - dla niektórych jest on zbyt ciężki. Tutaj powinno być lżej - wszakże to książka dla młodszych czytelników. Przypuszczam, że powstała po to aby pomóc zrozumieć co tak na prawdę jest ważne w życiu - nie tylko w Święta ale każdego dnia.

Tytuł: Chłopiec zwany Gwiazdką | Autor: Matt Haig | Tłumaczenie: Ernest Bryll, Marta Bryll | Ilustracje: Chris Mould |Wydawnictwo: Zysk i s-ka | Liczba stron: 260

piątek, 30 listopada 2018

   Jednym z moich wspomnień z dzieciństwa są wakacje na wsi. U dziadka, który chodził przy nodze z Puszkiem (bez smyczy) i babcią, która ciągle nosiła fartuszek i chustkę na głowie. Babcią, która codziennie gotowała ziemniaki dla świnek, karmiła kurki wołając "cip, cip...", kazała spać w dzień, grubą pajdę chleba smarowała grubą warstwą masła i czasem piekła kichliki (kiłychki).
  A kiedy piekła po całym mieszkaniu roznosił się aromat cynamonu. I pomimo iż te bułeczki jakoś nigdy specjalnie mi nie smakowały, to je jadłam. Dla zapachu? Sentymentu? Miłości do Babci i by nie urazić Jej uczuć? A może to wszystko. I jeszcze tak po prostu. Bo miałam ochotę.


ze względu na prywatność nie wrzucam osobistych zdjęć | źródło

  Wakacje spędzone z młodszą siostrą na słuchaniu opowieści Dziadka, czasem historii Babci, karmieniu kurek i kaczek, pomaganiu w obrządkach, bieganiu, skakaniu, zrywaniu maków z pola, jedzeniu jabłek prosto z drzewa i jagód z rowu. I pamiętam jak Babcia kroiła pomidora na ćwiartki aby zagryzać nim pajdę chleba z masłem. Pamiętam jak mimo iż mówiła, że nie lubi dzieci, czasem nakrzyczała i zganiła, to kochała. Kochała całym sercem.

Pamiętam te wakacje.
Pamiętam Babcię.
Pamiętam, że Babcia była...

  Bohaterka książki, którą ostatnio przeczytałam - Natalia musi spędzić dwa wakacyjne dni u swojej Babci Anieli na wsi. To dobra okazja aby pobyć z babcią, którą widuje bardzo rzadko, jednak dziewczynka nie jest z tego powodu zadowolona. Wręcz przeciwnie. U babci nie ma telewizora, fajnych zabawek i dzieci z którymi mogłaby się bawić. Jest nudno a jedynym towarzyszem nie licząc babci jest czarny kot, który nie polubił Natalii i na jej widok ucieka. Na domiar złego okazuje się, że torba z zabawkami, które dziewczynka zabrała ze sobą odjechała z rodzicami.
 Co robić?

  Oj można robić wiele. Bo babcia Aniela nie jest nudna (robi przepyszne kakao, piecze drożdżowe bułeczki) a jej dom zwyczajny jakim się wydaje. Jej dom jest niezwykły - można powiedzieć, że magiczny. Tutaj na każdym roku czekają niespodzianki i tajemnice do odkrycia.
  Na przykład taka kuchnia - pełna butelek, słoików i słoiczków z nieznaną zawartością... Kominek, książki... i strych pełen starych zdjęć, kapeluszy i innych pamiątek z przeszłości. A wśród nich małe szkiełko z witrażowej lampy, które kiedy przez nie spojrzysz przenosi do zupełnie innego świata. Wyobraźnia płatająca figle? A może magia?

  "Kot kameleon" to nie tylko opowieść o Babci można by rzecz idealnej - wymarzonej a także relacjach z nią związanych. To również piękna i refleksyjna książka o potrzebie bliskości, której nie zastąpi telefon, telewizor i inne nowinki technologiczne. O miłości, przyjaźni, więzi.... i w końcu o sile wyobraźni i codziennej magii, która każdego dnia kryje się za rogiem. Wystarczy tylko ją odkryć. Dla starszych i dorosłych to również sentymentalna podróż w przeszłość...

  Książka jest pełna spokoju. Nie ma tu ani nagłych zwrotów akcji ani wydarzeń wywołujących dreszcze na plecach. Jest za to ciepło i nastrój, który sprawił, że byłam zauroczona i oczarowana. Nie byłam w stanie oderwać się od jej treść. Czytałam z uśmiecham na twarzy a po jakimś czasie również łzami w oczach.
  Nie dlatego, że mają tutaj miejsce jakieś przykre sytuacje. Po prostu wróciły wspomnienia. Wspomnienia z dzieciństwa i Babcia, której obraz pozostał tylko w sercu. Obraz, który zawsze mam przy sobie i przed sobą kiedy zamknę oczy. Obraz o którym chce pamiętać.

  I choć moja Babcia z pewnością dla wielu nie będzie Babcią idealną - specjalnie dla swoich wnucząt nie piekła bułeczek, ciasteczek i szarlotki. Nie opowiadała bajek, nie głaskała po główce, nie tuliła a czasem nakrzyczała - to dla mnie była Babcią IDEALNĄ. Najukochańszą. Niepowtarzalną. Jedyną w swoim rodzaju.

Była.
Jest.
Będzie.
Zawsze i na zawsze.

  I na końcu powinien być przepis na kichliki ale jego nie będzie.  Nikt nigdy nie upiecze takich kichlików jak Babcia, poza tym Babcia przepisu nigdzie nie zapisała, nie przekazała, nie tłumaczyła jak upiec. Recepturę przywiozła, kiedy pracowała za granicą a piekła z pamięci i... z serca. Bez odmierzania i wyliczania składników a tak jak jej serce podpowiedziało. Ciasto drożdżowe starannie wyrobione i powoli wyrośnięte (tutaj na pewno każdy ma sprawdzone). Potem je wałkowała, smarowała olejem i posypywała cynamonem wymieszanym z cukrem. Cynamon... ten zawsze pachniał, kiedy otworzyło się lodówkę.... w Babcinej lodówce zawsze pachniało cynamonem.


składanie zbliżone do tego, tylko nie na pół a w harmonijkę - zdjęcie z Ulubioneprzepisy

  Potem ciasto babcia kroiła na paski. Każdy pasek zawijała w harmonijkę, układała na balszy i piekła w kuchence kaflowej (z piecykiem). I w całym mieszkaniu pachniało cynamonem.
Po wyjęciu z pieca najczęściej były jedzone jeszcze ciepłe, lecz nie gorące - na zimno nie smakowały tak dobrze.


po upieczeniu wyglądem zbliżone do tego  z tą różnicą, że miały więcej złożeń i nie były ze sobą zlepione. zdj. dorodnepomidory.pl

  I mimo iż nigdy za kichlikami nie przepadałam to je jadłam. W sumie do końca nie wiem dlaczego. Może ze względu na zapach a może z miłości do Babci i by nie było Jej przykro - chociaż Babcia nigdy nie zachęcała i nie zmuszała do ich jedzenia. A może i to i to, tak po troszeczku. Nie wiem. Ale wiem jedno. Miałam i mam Babcię, której sekretem były właśnie kichliki. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny
tekst alternatywny
Codziennie od 1 do 24 grudnia (u mnie do 31 grudnia) na blogu zostanie opublikowany adres innego bloga, który polecam. Kolejność publikacji jest przypadkowa - nie ma lepszych i gorszych. Jeśli jesteście ciekawi, kliknijcie na powyższe logo ;)

tekst alternatywny