.

Wpisy z tagiem: Boże Narodzenie

czwartek, 20 grudnia 2018

  Grudzień to miesiąc kiedy siłą rzeczy sięgam po świąteczną lekturę. I mimo iż na swojej liście mam stałe tytuły, które towarzyszą mi co roku, to tego sięgnęłam po nowe. Wśród nich znalazły się takie, które urzekły mnie swoją treścią i niewykluczone, że przeczytam je również za rok - "Złotą Gwiazdkę" Emilii Kiereś z pewnością mogę wpisać na tę listę.

 Książka to kontynuacja książki "Srebrny dzwoneczek". Główny bohater "Złotej Gwiazdki" - dziewięcioletni Antek razem z rodziną jedzie na Święta Bożego Narodzenia do domu cioci Ani i wujka Eryka. W tym roku jego święta będą wyglądać inaczej, ponieważ spędzi je dodatkowo ze swoim maleńkim braciszkiem, który niedawno pojawił się na świecie. Początkowo Antek jest pochłonięty przygotowaniami do Świąt, jednak wkrótce zaczyna doskwierać mu samotność - każdy poświęca uwagę jego młodszemu bratu, zupełnie go ignorując. Antek zaczyna spędzać czas z kuzynką Tereską. Pewnego dnia podczas spaceru dzieci trafiają na trop dziewczynki o brązowych włosach, dużych zębach i z czerwoną czapką na głowie. Antek myśli, że to Mikołaj, jednak Tereska, szybko wybija mu ten pomysł z głowy. Dzieci postanawiają ruszyć jej śladem i odkryć tajemnicę.

 Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, bez wahania wpisałam ją na listę książek do przeczytania. Listy nikomu nie pokazywałam ale Mikołaj ma swoje sposoby - dowiedział się o tym i spełnił moje małe marzenie. Dziękuję Mikołaju

  Styl książki może przywołać powieści Małgorzaty Musierowicz, co może potęgować fakt, że przez nią książka została zilustrowana. Osobiście nie uważam tego za wadę. Książka nie jest plagiatem. To zupełnie inna historia, która jedynie posiada cudowny, ciepły i rodzinny klimat przebijający się z serii Jeżyciada (przeczytałam 3-4 tomy ale już po lekturze jednego, dane było mi to poczuć). To cudowne uczucie, tak jak cudowna i piękna jest jej treść. Bo to nie pierwsza lepsza, zmyślona historia a taka, która mogła wydarzyć się na prawdę i być może w podobny sposób wydarzyła.

  Znajdziecie w niej wiele wątków z życia codziennego tych pozytywnych jak: miłość, wsparcie, wzajemna troska, śmiech, żarty ale również nieprzyjemnych: zazdrość, gniew, smutek, kłótnie, codzienne problemy. Bo życie nie jest usłane różami, nie zawsze jest kolorowo i wesoło - czasem słońce które nad nami świeci przykrywają czarne chmury i zaczyna padać deszcz. Jednak i po tym deszczu ponownie zaczyna świecić słońce.
  Bohaterowie również są prawdziwi - niczym wyjęci z życia codziennego. Jest naturalizm, jest klimat, jest też magia świąt.. chce się czytać i czyta się z ogromną przyjemnością.

  Emilia Kiereś stworzyła wyjątkową historię, która mogła zostać napisana przez życie i być może została napisana
  Opowieść o rodzinie i tym jak jest ona ważna. O miłości, wzajemnym wsparciu, radości ale również zmartwieniach, rozterkach i pytaniach, które rodzą się w głowie, jak ważna jest szczera rozmowa, wsparcie i zrozumienie.
  O tym co tak na prawdę jest istotne i to nie tylko w Święta Bożego Narodzenia ale na co dzień - każdego dnia. O opiece, wsparciu, drobnych gestach, wdzięczności i ciepłych słowach.
  O miłości, która jest ważna i bez której człowiek nie jest w stanie żyć a rodzina istnieć. 

"Każde dziecko, nawet to najzwyklejsze, to odrobina miłości więcej." 



Tytuł: Złota Gwiazdka | Autor: Emilia Kiereś | Ilustracje: Małgorzata Musierowicz | Wydawnictwo: Akapitt Press | Okładka: twarda | Ilość stron: 136

Ilustracje pochodzą ze strony Autorki

   Ku mojemu zaskoczeniu mój przedświąteczny Mikołaj postanowił uszczęśliwić mnie podwójnie przynosząc w prezencie również "Srebrnego dzwoneczka". Może Was do zdziwi ale do lektury przystąpiłam dopiero po "Złotej Gwiazdce". Wiem - zaskakująca kolejność, ale właśnie taka była moja decyzja. Jednam nim zaczęłam przygodę z tą książką nieco zasięgnęłam informacji.
 Okazało się, że jest to wznowienie już wcześniej wydanego debiutu literackiego autorki. Zarówno format książki jak i jej okładka są inne (przyznam, że poprzednia z symbolicznym dzwoneczkiem na okładce, bardziej przypadła mi do gustu), jednak wnętrze nie uległo zmianie. To ta sama historia i te same ciepłe, plastyczne, wakacyjne ilustracje Małgorzaty Musierowicz, mama autorki.

  

   Wraz z końcem lata nieśmiałą Marysię czekają zmiany: pójdzie do nowej szkoły a na świat przyjdzie jej młodszy braciszek. Póki co trwają jeszcze wakacje, które dziewczynka po raz pierwszy spędza bez rodziców i wszelkich technologii u cioci Ani na wsi. W związku z tym, że kobieta jest mocno zapracowaną osobą, Marysia musi zajmować się sama sobą. Nie narzeka jednak na nudę miło spędzając czas na świeżym powietrzu w otoczeniu ogrodu, drzew, złotookiego kota i jezior. Tym oto sposobem odkrywa, że nieopodal soi tajemniczy biały domek otoczony zarośniętym ogrodem. Domek, który nie jest opuszczony...

  Książka w założeniu została napisana dla młodego czytelnika (według informacji na stronie wydawcy od 6 roku życia). Jednak ja mimo iż nie jedną szóstkę mam na karku jestem nią oczarowana.
  Emilia Kiereś stworzyła piękną i ciepłą opowieść o wkraczaniu na nowy etap życia, strachu przed tym co ma nadejść, nieśmiałości ale również przełamywaniu własnych strachów.
  O rodzinie, miłości, przyjaźni wraz z tym jak stopniowo należy ją budować i pielęgnować - jak bardzo są one ważne i potrzebne.
  O relacjach między ludzkich a nawet śmierci, choć ten drugi motyw pozostaje w wyobraźni bohaterki. Mimo tego całość nie jest wypełniona smutkiem, bowiem autorka wszystkie te tematy porusza delikatnie i nie zawsze mówi wprost - niejednokrotnie skrywa coś głębiej, tylko wystarczy się wczytać.



  Ujął mnie ten ciepły klimat i prostota. Zauroczył i urzekł bo wróciły wspomnienia.
  Dzieciństwo i wakacje, kiedy całe dnie spędzało się na dworze jeżdżąc rowerem, grając w piłkę, zbijaka, klasy, pomidora... Skacząc w gumę, bawiąc się w kucanego, łapanego lub chowanego. Śmiejąc się, żartując, opowiadając kawały a wieczorami straszne historie. I nie potrzeba było wiele - wystarczyła piłka, kartka papieru a czasem patyk, który nagle stawał się różdżką do szukania źródeł wody (kiedy na osiedlu wyłączali prąd).
 Zrywanie czereśni i jabłek prosto z drzewa lub malin, porzeczek i poziomek z krzaczka...

  Były też wakacje na wsi, liczenie kurek, kaczek, chodzenie po sadzie, polach do rowu na jagody. Zapach piwonii, świeżo skoszonej trawy i siana. I nieraz, nie dwa dziecko skacząc przez chaszcze zaczepiło się, przewróciło, ubrudziło i skaleczyło. Nie jeden siniak nabiło a kolano i łokieć zdrapało i ubiło. Nikt wtedy nie dmuchał, nie chuchał i nie głasiał - czasem się syknęło, czasem nie, rankę opatrzyło i zabawa trwa,ła dalej - do późnego wieczora. Żaden telefon, smartfon, laptop, dron, czy gra komputerowa nie były potrzebne - wystarczyła dziecięca kreatywność i wyobraźnia.



  Autorki stworzyły wyjątkową i niebanalną historię, która potrafi chwycić za serce. Opowieść o tym co ważne w życiu i o życiu (patrz akapit numer 3). O tym jaki świat jest na prawdę..
  A jaki jest świat?
Mimo obaw, problemów i niepewności, tak na prawdę zaskakujący, piękny i kolorowy. Tylko trzeba się na niego otworzyć i z nim oswoić.

 Tytuł: Srebrny Dzwoneczek | Autor: Emilia Kiereś | Ilustracje: Małgorzata Musierowicz | Wydawnictwo: Akapitt Press | Okładka: twarda | Ilość stron: 136

poniedziałek, 17 grudnia 2018

 Nigdy w życiu nie jadłam bajaderki - ani tej ze sklepu, ani domowej. Kiedy tak pomyślę, to w dzieciństwie nawet o niej nie słyszałam a moja Mama spytana o tę słodkość rzekła "Co to takiego?". Wiem, że jej Mama a moja Babcia kiedyś przygotowywała kulki z pokruszonych herbatników, orzechów włoskich, margaryny, mleka i kakao. Czyżby to były bajaderki? Wszakże to "ciastko wytwarzane na bazie odpadów cukierniczych z dodatkiem kakao, rumu, czekolady, orzeszków ziemnych lub wiórków kokosowych". Nie wiem, czy Babcia dodawała rum ale kakao z pewnością.

Bajaderki najczęściej przybierają kształt sporych kul. Podobno czasem są też w kształcie prostokątnych ciastek na kruchym spodzie. Ja postanowiłam trochę poeksperymentować zarówno ze składnikami jak i kształtem. Otworzyłam szafkę a potem lodówkę, zaczęłam dodawać, mieszać, próbować i w ten oto sposób powstały moje RAW batony a la bajaderka ;)

Składniki
Ilości są orientacyjne. Powinna powstać dość zwarta masa, podobna do tej jak na trufle. Najlepiej sprawdzać konsystencję i dodawać więcej ciekłych lub stałych składników.

ok. 200g wegańskich herbatników (u mnie BIO ANIA)
80-100g masła orzechowego (u mnie pasta z orzechów laskowych Orzechownia)
1-2 łyżki pasty ze zmielonych daktyli/rodzynków (namoczone i zmiksowane na gładko bakalie)
1 łyżka kwaśnego dżemu (u mnie domowe powidła śliwkowe)
3-4 łyżki kakao (użyłam takiego)
1 łyżka przyprawy korzennej

ewentualnie rum, olejek rumowy lub dowolny alkohol do smaku
ewentualnie posiekane lub mielone orzechy, słonecznik, wiórki kokosowe do obtoczenia

Herbatniki drobno kruszymy. Dodajemy dżem, kakao, pastę z bakali, masło orzechowe (stopniowo) oraz przyprawę korzenną (jeśli chcecie możecie dodać również ulubione orzechy). Dokładnie mieszamy, próbujemy.

Masę odstawiamy na ok. 30 minut do lodówki aby stężała. Po tym czasie próbujemy i ewentualnie dosładzamy. Sprawdzamy również konsystencję masy - powinna być ona zwarta, podobna do masy na trufle. Jeśli jest za rzadka dodajemy jakiegoś suchego składnika np. jeszcze pokruszonych ciasteczek lub kakao.

Masę wykładamy do foremki wyłożonej papierem do pieczenia, kroimy na kawałki a następnie jeszcze raz chłodzimy w lodówce.
Jeśli chcecie możecie z masy lekko wilgotnymi dłońmi uformować kule.

Gotowe bajaderki można polać czekoladą lub zaraz po uformowaniu obtoczyć w kakao, orzechach lub wiórkach kokosowych
Smacznego

 Książki dla dzieci darze szczególnym sentymentem i według mnie zasługują na to by poświęcić im swój czas i zwrócić na nie uwagę. Nie tylko pozwalają oderwać się od często szarej i przygnębiającej rzeczywistości, ale również obudzić wewnętrzne dziecko. I co najważniejsze - często niosą ze sobą ponad czasowy morał i przesłanie. I tak przeczytałam wiele opowieści dedykowanych do młodszego czytelnika - ostatnio dwie w klimacie świąt od wydawnictwa Zysk S-ka. Przyszedł czas na kolejną.

  Amelia ma dopiero dziewięć lat, ale życie już pokazało jej jakie jest trudne i bolesne. Jej tata nie żyje a mama poważnie zachorowała. Dziewczynka ciężko pracuje aby zarobić na chleb i leki potrzebne dla chorej matki. Mimo problemów od zawsze wierzyła i miała nadzieję - Ojca Gwiazdkę prosi o zdrowie dla mamy. Jednak kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia kobieta umiera a ona sama trafia do Paskudnego Zakładu Pracy. Wówczas zaczyna tracić wiarę we wszystko - w magię Świąt i świętego Mikołaja również.

  W tym samym czasie Ojciec Gwiazdka musi odwołać Święta Bożego Narodzenia a to za sprawą ataku trolli, które zniszczyły wioskę jak również jego sanie. Z tego też powodu dzieci na całym świecie nie dostały swoich prezentów a życzenie Amelii nie mogło zostać spełnione. Coraz więcej dzieci przestaje w niego wierzyć a co z tym idzie, Ojciec Gwiazdka ma zbyt mało świątecznej magii aby wyruszyć w swą świąteczną podróż do dzieci.

 "Dziewczynka, która uratowała gwiazdkę" to kontynuacja książki "Chłopiec zwany Gwiazdką". Jej oprawa graficzna jest na wysokim poziomie: twarda, czerwona, materiałowa oprawa z wytłoczonym złotym napisem, przyzwoitej jakości papier i czytelna czcionka dają wrażenie świątecznej opowieści. Taka "perełka" wydawnicza.
  Historia, którą skrywa została opowiedziana w klimacie baśni. Jednak o ile w baśniach tkwi jakieś ziarenko prawdy (z życia codziennego), o tyle tutaj ciężko jest się go doszukać - historia wydała mi się zbyt bardzo odrealniona.


  Amelię życie zmusiło do ciężkiej pracy. Najpierw by zarobić na potrzebne leki i jedzenie wyręcza mamę jako kominiarz a po śmierci kobiety trafia do "Paskudnego Zakładu Pracy", gdzie dostaje w pakiecie - ciężką pracę, niesmaczne jedzenie, częste kary i smutek.
  Mam świadomość, że akcja opowieści rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii i wówczas wiele rodzin borykało się z biedą, ale nawet Dickens chcąc podkreślić pewne aspekty nie stosował takich zabiegów (Dickens jest jedną z postaci występującą w tej historii). Nie są to też Indie, gdzie rodzice sprzedają dzieci lub te pracują aby utrzymać rodzinę. Według mnie autora zbyt bardzo poniosła wyobraźnia, w szczególności zważywszy na fakt, że w założeniach jest to książka kierowana do dzieci i opowiadająca o Świętach.

 

  Jednak patrząc na to inaczej, fakt iż całość nie jest przesłodzona można uznać za zaletę a nie wadę. Autor nie oszukuje, że życie zawsze jest proste, szczęśliwe i wesołe. Wręcz przeciwnie - pokazuje jak bolesne, trudne i przykre bywa życie. To jak zaskakuje (nie koniecznie pozytywnie) i rzuca kłody pod nogi z którymi człowiek musi się zmagać.
   Jednocześnie opowiada o sile marzeń, wiary i nadziei. Dzięki nim nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Zawsze jest jakieś rozwiązanie. Zawsze po deszczu wychodzi słońce i pojawia się kolorowa tęcza, nawet wtedy kiedy życie wydaje nam się nie wiadomo jak beznadziejne.



  "Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę" to oryginalna książka, która posiada zarówno wady jak i zalety. Jednym te drugie będą przeszkadzać, natomiast inni przymkną na nie oko lub okażą się one dla nich zupełnie nie istotne. Według mnie warto dać jej szansę.
  Przyznaję - nie nazwałabym jej arcydziełem rodem "Opowieści Wigilijnej", ale dostrzegam jej urok i doceniam to co ze sobą niesie. Bo kiedy się w nią wczytać, można dostrzec, że to mądra choć nierealistyczna, momentami smutna i trudna opowieść, która wzrusza a także skłania do refleksji. Nie tylko pokazuje, że bez wiary i nadziei nic nie byłoby możliwe, ale również przypomina, co tak naprawdę jest ważne w życiu. 

-Gwiazdka to nie data w kalendarzu, panie Dickens. Gwiazdka to uczucie.

Tytuł: Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę | Autor: Matt Haig | Tłumaczenie: Ernest Bryll, Marta Bryll | Ilustracje: Chris Mould |Wydawnictwo: Zysk i s-ka | Liczba stron: 354

czwartek, 13 grudnia 2018

Literatura klasyczna. Lubiłam, lubię i wiem, że będę lubić. Czytać, pisać, pokazywać, opowiadać na blogu... Jakiś czas temu opowiadałam o dwóch zbiorach świątecznych utworów Diceknsa "Opowieści wigilijne. Świerszcz za kominem" oraz "Opowieści wigilijne. Czym jest dla nas Boże Narodzenie". Dzisiaj już bliżej Świąt opowiem o pierwszym "Opowieści wigilijne kolęda prozą"..


  Zbiór rozpoczyna "Kolęda prozą" inaczej "Opowieść wigilijna". Ten utwór zna każdy - jeśli nie z książki to ekranizacji ewentualnie filmu animowanego (nie wiem jak Wam, ale mi animacja nie przypadła do gustu). Pokazuje wewnętrzną przemianę Ebenezera Scrooge'a, który za sprawą wizyty ducha swego zmarłego przyjaciela a także trzech niezwykłych gości: z przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości z bezdusznego, zgorzkniałego i skąpego człowieka staje się zupełnie inną osobą. Wszystko zachodzi podczas tej jednej niezwykłej nocy wigilijnej.

 

  W kolejnym opowiadaniu "Nawiedzony, czyli pakt z duchem" poznajemy historię profesora chemii Redlawie, którego nawiedza niezwykła zjawa - duch, który wygląda tak jak on sam. Widmo nieustannie przypomina mu o tym co złego i przykrego spotkało go w życiu a także co sam uczynił. Gdy nadchodzą kolejne święta duch proponuje Redlawowi pakt - wymaże z jego życia wszystkie złe wspomnienia ale w zamian stanie się roznosicielem tego daru. Profesor bez namysłu przystaje na tę propozycję. Jednak to co na początku profesorowi wydawało sie być wybawieniem w rzeczywistości okazuje się być przekleństwem. Wraz ze złymi wspomnieniami i doświadczeniami zniknęły również wszystkie dobre uczucia jakie były w Redlawie. Ich miejsce zajęły złość: gniew, okrucieństwo i obojętność. Podobnie stało się z otaczającymi go ludźmi. Gdy mężczyzna zrozumiał co się stało, postanowił to zmienić.

  I teraz przyznam się bez bicia - "Opowieści wigilijnej" jeszcze nie przeczytałam. Jest to dla mnie wyjątkowo magiczny utwór, którego lekturę przeznaczam tóż przed Wigilią. Mimo iż treść znam bardzo dobrze zawsze sięgam po bliżej Świąt. Wówczas czuje ten klimat, urok i magię tkwiącą w słowach.

 

  Ale przejdźmy do rzeczy.
  Obie opowieści łączy motyw duchów odmieniających życie ludzi, którzy nie wierzą w magię Bożego Narodzenia. To za ich sprawą przechodzą oni wewnętrzną przemianę i zaczynają zwracać uwagę na to co tak na prawdę ważne w życiu.

   Nie jest to bogactwo, dobre stanowisko w pracy, władza czy też rozpamiętywanie przeszłości a czyste serce, wrażliwość i ludzie, którzy nas otaczają. To aby dzielić się z nimi swoimi radościami, smutkami, nauczyć słuchać a w razie potrzeby pomóc. Dobroć i miłość płynąca z serca nie tylko w Wigilię i Święta Bożego Narodzenia ale każdego dnia - nieustannie. Jeśli otworzymy swoje serca na potrzeby i dla innych ludzi zaznamy prawdziwego szczęścia.... bo tak na prawdę pieniądze, choć ułatwiają życie, szczęścia nie dają - to złudne szczęście, które szybko mija.

Tytuł: Opowieści wigilijne. Kolęda prozą| Autor: Charles Dickens | Wydawnictwo: Zysk i S-ka | Ilość stron: 272

Pieczone pierożki, które można przygotować z dowolnego ciasta: drożdżowego, kruchego, krucho-drożdżowego, krucho-śmietankowego, francuskiego lub ziemniaczanego. Wybrałam te pierwsze, chociaż i krucho-drożdżowe świetnie się komponuje.
Farsz jest prosty: szpinak, pieczarki, cebulka, czosnek.... cebula... tę od dłuższego czasu mogłabym jeść i jeść - w szczególności taką podsmażoną :D tylko wątroba jej nie lubi, ale co poradzić jak jest taka smaczna... i zdrowa w szczególności jesienią :)

Ciasto (ok. 40 sztuk)
1,5 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej
1/2 szklanki mąki pszennej
10g świeżych drożdży
szczypta soli
200-250 ml letniej wody

Drożdże rozpuszczamy w niewielkiej ilości ciepłej wody, dodajmy tyle mąki by uzyskać konsystencję gęstej śmietany i odstawiamy na 10-15 minut do wyrośnięcia.
Pozostałe mąki przesiewamy do miski, dodajemy sól oraz wyrośnięty rozczyn. Powoli wlewając wodę wyrabiamy gładkie, elastyczne, lekko lepiące ciasto (zagniatamy ok 10 minut). Następnie przykrywamy ściereczką i ostawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia swojej objętości.

Farsz:
500g mrożonego szpinaku w liściach (polecam Bonduelle)
250g drobno posiekanych pieczarek
cebula
1-2 ząbki czosnku
wędzona słodka papryka
pieprz czarny

Szpinak rozmrażamy a następnie odciskamy z nadmiaru wody.
Pieczarki drobno siekamy.
Na patelni rozgrzewamy olej i szklimy cebulę. Następnie wrzucamy pieczarki i smażymy aż te zmniejszą swoją objętość i przyrumienią się. Wówczas wsypujemy wędzoną paprykę oraz czosnek i przesmażamy przez chwilę. Dodajemy odciśnięty szpinak, mieszamy i smażymy aby smaki połączyły się ze sobą. Doprawiamy pieprzem i studzimy.

Pierogi
Wyrośnięte ciasto przekładamy na stolnicę, wyrabiamy przez chwilę po czym rozwałkowujemy cienko na płat o grubości około 3 milimetrów. Za pomocą szklanki wycinamy z niego krążki. Na środek każdego z nich łyżeczką nakładamy trochę farszu i sklejamy tak jak normalnego pieroga (farsz kładziemy na tej stronie kółka, która przylegała do stolnicy, ponieważ jest bardziej klejąca).

Gotowe pierogi układamy w odstępach balsze wyłożonej papierem do pieczenia i odstawiamy na 20-30 minut do napuszenia. Następnie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni (grzanie góra-dół bez termoobiegu). Pieczemy ok. 25-30 minut do zrumienienia, jednak trzeba to sprawdzać bo każdy piekarnik jest inny.
Smacznego

 
1 , 2 , 3 , 4


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny

tekst alternatywny