.

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo MG

poniedziałek, 11 lutego 2019

 Dzisiejszy wpis należy do tych dwu tematycznych - łączonych. Pierwsza jego część to książka, natomiast druga recenzja słodkości. Mam nadzieję, że znajdziecie w nim coś co Was zainteresuje ;)

 Nie będę ukrywać, że nie tylko treść książki ma dla mnie znaczenie ale również jej wydanie. Po starannie wykonane książki człowiek chętniej sięga - chce brać je do ręki, oglądać, przeglądać, czytać wracać. Nie tylko ładnie prezentują się na półce ale również mogą być przekazane przyszłym pokoleniom - stają się ponad czasowe.

  Wydawnictwo MG kilkukrotnie zwróciło moją uwagę pięknymi wydaniami książek. Jedną z takich pozycji była i jest "Inteligencja kwiatów" Maurice’a Maeterlincka z 1907 roku. Twarda okładka z płóciennym obiciem na której widnieją kwiaty, niewielki format, dobrej jakości papier i te ryciny. Najprawdopodobniej gdyby nie takie wydanie, to nie nie sięgnęłabym po tę pozycję. A jak wizualne piękno przełożyło się na treść?

  Maurice Maeterlinck to piszący po francusku belgijski poeta, dramaturg, eseista, tłumacz a także laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1911. W jego dorobku znajdziemy takie dzieła jak: Życie pszczół, Życie termitów i Życie mrówek oraz opisywana Inteligencja kwiatów. Z jednej strony do sięgnięcia po książkę zachęciło mnie wydanie, z drugiej tytuł wzbudzał ciekawość.

  Inteligencja kwiatów to esej z 1907 roku w którym autor w filozoficzny a zarazem osobisty sposób omawia życie roślin jak również ich chęć do życia i rozmnażania się. Zważywszy na lata w których esej był pisany, język odbiega od tego do którego przywykł współczesny czytelnik. Zdania są rozwinięte i "inaczej" zbudowane niż pisze się obecnie a słownictwo wielu uzna za "przestarzałe". Ponadto sporo tutaj wstawek filozoficznych, przemyśleń i rozbudowanych wywodów, które często odbiegają od głównego tematu.

  "Jeśli trudno nam, ludziom, powiedzieć, które z rozmaitych praw natury nęka nas najdotkliwiej, to dla rośliny nie ulega żadnej kwestii, najokrutniejszym jest konieczność trwania w jednym miejscu od narodzin do śmierci."

  W swoim eseju autor jako wnikliwy obserwator i pasjonat przyrody skupia się na omówieniu życia roślin: ich funkcjonowaniu i rozmnażaniu oraz walce o przetrwanie w trudnych warunkach, starając się udowodnić, że posiadają własną inteligencję (np. potrafią przewidywać zmiany pogody jak również przystosowywać się do tych zmian i "ulepszać"). Często porównuje je do ludzi, pisząc o tym, że one również tańczą, kochają, obserwują, są sprytne i myślą. Pod względem inteligencji stawia ich na równi a nie kiedy powyżej gatunku ludzkiego.



  Zarówno tematyka jak i specyficzny język sprawiają, że Inteligencja kwiatów nie jest książką dla każdego. Według mnie nie jest to również dobra książka na początek przygody z książkami o naturze. To wymagająca i trudna lektura, która wymaga czasu i skupienia. Z jednej strony może zachwycić tym w jaki sposób została napisana a z drugiej nie każdego zauroczy "dawny" język i nie każdego wciągnie treść. Odniosłam wrażenie, że jest to pozycja dla obeznanych z tematem a także ludzi, którzy nie czytają tyle dla faktów (od tamtego czasu nauka a także wiedza w dziedzinie biologii znacznie poszła do przodu i wiele informacji, jest już nieaktualna) co dla piękna i zachwytu nad światem roślin. Maeterlinck z miłością i pasją pisze o roślinach (głównie o kwiatach). Z każdego zdania wyłania się szacunek dla świata roślin, podziw, jego pasja i zaangażowanie. Można powiedzieć, że stworzył poemat na cześć roślin.

„Idą po omacku przez tę samą ciemność, napotykają te same przeszkody i walczą z tą samą uporczywą złą wolą niepoznawalnych sił. Ulegają tym samym prawom, doznają podobnych co my rozczarowań i odnoszą podobne naszym powolne i mozolne triumfy. Obdarzone są niemal podobną do naszej cierpliwością, wytrwałością i miłością własną, posiadają takie jak my odcienie inteligencji, tę samą nadzieję i ideały.”

  W całości zabrakło mi podsumowania, które mówiłoby które z informacji umieszczonych w książce zmieniły się na przestrzeni lat. Jestem przekonana, że nie tylko ja, ale również inni czytelnicy ze względu na brak wystarczającej wiedzy, nie wyłapią takich kwestii, chociaż niektóre są proste w wyłapaniu (np. to, że grzybów nie zaliczamy do świata roślin). Mimo tego całość uważam za wartościową lekturę, taką którą można bez wstydu postawić u siebie na półce i wracać do niej co jakiś czas - czytając wyrywkowo. Według mnie wypada lepiej od wysławianego "Sekretnego życie drzew" oraz "Duchowego życia zwierząt". Jeśli jednak nawet w najmniejszym stopniu nie interesuje Was botanika oraz przyroda, to nie gwarantuje, że ta książka przypadnie Wam do gustu.

Tytuł: Inteligencja kwiatów | Autor: Maurice Maeterlinck | Wydawnictwo: MG | Okładka: twarda | Ilość stron: 192


Skład: daktyl, orzechy (orzechy nerkowca, migdały), ziarno kakaowca (8%), kakao.
Masa netto: 35g

Wartość odżywcza (100g)
tłuszcz 9,3g w tym kw tł nas 3,5g węglowodany 59g w tym cukry 51g błonnik 8,4g białko 5,5g sól < 0,01g

Wartość odżywcza (35g)
tłuszcz 3,2g w tym kw tłu nas 1,2g węglowodany 21g w tym cukry 18g błonnik 2,9g białko 1,9g sól < 0,01g

Opinia - Opakowanie batonika jest estetyczne i widać, że przemyślane. Widnieją na nim najważniejsze informacje odnośnie produktu - z jakich składników się składa oraz, że jest to produkt naturalny. I rzeczywiście w składzie nie znajdziemy żadnej chemii - to tylko daktyle, orzechy, ziarno kakaowca oraz kakao.

  Batonik jest podłużny - taki prostokąt z zaokraglonymi krótszym i bokami. Posiada czarno-bordową barwę (niczym buraczki) z połyskiem i widocznymi kawałkami orzechów. Pod palcami lepki, miękki i podatny na odkształcenia. Ponadto przyjemnie i wyraźnie pachnie surowym kakao z nutką kwasku.

 Wgryzienie się w batonik nie sprawia żadnych problemów - zęby z łatwością zanurzają się w daktylowej masie. W konsystencji taki.... gumiasty z chrupkim akcentem w postaci ziaren kakao. Rozpuszcza się typowo daktylowo niekiedy oblepiając zęby.

 W smaku od razu poczułam daktyle z delikatną kwaskowatą nutą. Po chwili uwolnił się subtelny smak kakao nieco łagodząc słodycz z nutą charakterystyczną dla produktów RAW. Pod zębami przyjemnie chrupią nibsy, z kolei orzechy są miękkie i nie wnoszą nic do smaku.

  Jest wyraźnie słodko ale i kakaowo zarazem - trochę jak słodsza deserowa czekolada. Dla mnie za słodko - batonik zjadłam tylko do połowy. Jednak jeśli nie zasładzają Was daktyle i lubicie kakao, dla Was powinien być akurat. Ogólnie smaczny ale nie na tyle bym chciała do niego wrócić.

Wartość energetyczna w 100g - 358 kcal
Wartość energetyczna w batoniku (35g) - 125 kcal
Cena - ok 2,99zł (Rossman?)
Ocena - 3,5-4/6

piątek, 01 lutego 2019

Dzień dobry
Na początku trochę spraw formalnych. Na pewno zauważyliście, że blog rozwija się w różnych kierunkach - trochę tu kuchni, trochę książek, gier a ostatnio również recenzji. Przez jakiś czas zastanawiałam się, czy łączenie wpisów o różnej tematyce jest dobre. Z jednej strony wpis staje się dłuższy co nie każdemu może się spodobać, ale z drugiej jest większa szansa, że czytelnik znajdzie w nim coś dla siebie. Jeszcze dokładnie nie wiem jak całość będzie wyglądać w przyszłości - będę eksperymentować i obserwować. Przydadzą mi się Wasze opinie.

Od zawsze kochałam przyrodę: rośliny i zwierzęta. Czułam z nią więź, szanowałam... w jej towarzystwie czułam się najlepiej. Kocham też kwiaty, choć moja Mama jeszcze bardziej - to nie tylko jej "miłość" ale również hobby - coś co ją odpręża. Tym samym nie mogłyśmy przejść obok tej książki obojętnie.

  "Elizabeth i jej ogród" jest autobiograficznym zapiskiem fragmentu z życia Elizabeth von Arnim - angielskiej pisarki australijskiego pochodzenia a także hrabiny, która kochała ciszę, spokój a największą radość sprawiało jej uprawianie ogródka. Znajomi nie mogli zrozumieć jej pasji, twierdząc, że prawdziwe życie toczy się w mieście. Jednak Elizabeth kochała takie życie, swoją wiejską posiadłość, książki i ogród. Codziennie pielęgnowała tę małą "oazę", poszerzała wiedzę odnośnie ogrodnictwa przeznaczając pieniądze na zakup nasion. Elizabeth kochała kwiaty - pielęgnowała je, troszczyła się o nie, obserwowała.... A musicie wiedzieć, że była świetnym obserwatorem i to nie tylko roślin ale całego świata.

"Kocham mój ogród. Tutaj właśnie piszę w urocze późne popołudnie, odrywana co chwilę od pracy przez bzyczące komary i kuszona do podziwiania przepychu młodej zieleni, którą pół godziny wcześniej zmoczyła zimna ulewa".

  W książce pisze o znajomych, rodzinie i sąsiadach opisując ich zachowania a także cechy charakteru z uwzględnieniem zarówno zalet jak i wad. W swoich opisach nie stroni od złośliwości oraz ironii, ale jednocześnie nie brakuje w nich poczucia humoru oraz sympatii.
  Z miłością pisze o swojej pasji. W jej słowach jest wiele szacunku do roślin, ukazując piękno przyrody jak również fakt, że człowiek jest jej nieodłączną częścią i dlatego powinien o nią dbać. Tak wiele od człowieka zależy. Dlaczego o tym zapominamy?
  Same opisy ogrodu, kwiatów, krzewów i drzew są na tyle malownicze, że jeśli czytelnik ma w sobie chociaż nutkę wyobraźni, będzie w stanie zobaczyć to wszystko swoimi oczami.

„Długie rabaty przed domem dźwigają jednoroczne i wiecznotrwałe ostróżki, orliki, ogromne maki, goździki, lilie, złote laki, malwy, zimoodporne floksy, peonie, lawendę, astry, bławatki, jasne goździki i wetknięte tam też kwiaty cebulowe. To są rabaty, które ledwo tknęła ręka ogrodników."

  Jednak książka to nie tylko opisy przyrody. Pod tym pięknym płaszczykiem kryje się drugie dno. To osobiste refleksje o życiu: obchodzeniu świąt, sprzątaniu mieszkania, przygotowywaniu posiłków przez służbę, niechęć do panujących zasad, które miedzy innymi podporządkowywały kobietę mężczyźnie. Obserwacja otoczenia i ich ocena, zwykłe, codzienne czynności, małżeńskie problemy.... Autorka porusza tutaj wiele tematów, które przybliżają tamtejsze realia i panujące zasady w tym odniesienie do rodziny jak i do służby.

Jaka byłam szczęśliwa! Nigdy nie przeżyłam tak wspaniałych chwil od czasu, gdy będąc jeszcze zbyt mała na naukę, z kromką chleba posypaną cukrem na drugie śniadanie, zostałam wysłana na trawnik gęsto porośnięty mleczem i stokrotkami. Cukier na chlebie z masłem stracił już swój czar, ale dmuchawce i stokrotki kocham jeszcze namiętniej niż wtedy i nigdy nie pozwoliłabym, by wszystkie zostały skoszone, gdybym nie miała pewności, że wkrótce znowu odchylą swoje twarzyczki do góry, tak samo zuchwale jak wcześniej.

  W książce nie ma akcji i niewiele się dzieje. Jest za to spokój, harmonia, obserwacja świata a także miłość i szacunek do roślin oraz radość z życia. Chwila zadumy nad światem i pięknem przyrody, kontakt z naturą a także chwila wytchnienia w ciągle pędzącym do przodu świecie. 

"Jesteśmy stworzeni do szczęścia i do zaakceptowania go z wdzięcznością."

Tytuł: Elizabeth i jej ogród | Autor: Elizabeth Arnim | Wydawnictwo: MG | Okładka: twarda | Ilość stron: 320

Batony z Lidla i pod marką Lidla, jednak tak na prawdę produkowane przez Bombus Natural Energy - skład ten sam a cena znacznie niższa. Jeszcze jakiś czas temu batony Alestro można było zakupić po 2,49zł - od jakiegoś czasu już po 2,99 zł. Jednak to nadal mniej niż oryginał, którego cena waha się w granicach 3,99 zł-6,99 zł.
Dostępne w czterech smakach: kokos i sok marakui, orzeszki ziemne i daktyle, kakao i ziarna kakaowca, kokos i kakao

Baton RAW Alesto, Peanuts & Dates 

Skład:
daktyle (54,9%), orzeszki ziemne (45%), sól
Rodzaje: Coconut Maracuja, Cocoa Cocoa beans, Coconut Cacao

Wartość odżywcza w 100g:
Węglowodany 37,6g w tym cukry 11,7g Białko 14,19g Tłuszcz 22,7g kw.tł.nas. 2,3g sól g

Wartość odżywcza w 40g:
Węglowodany 18,8g w tym cukry 5,85g Białko 7,10g Tłuszcz 11,49g kw.tł.nas. 1,6g sól g

Ocena: Baton Alesto, Peanuts & Dates Raw Bar na myśl od razu może przywołać ten sam baton od Bombus Natural Energy. Skład jest taki sam, wartości odżywcze również, co dowodzi, że to ten sam producent (tylko cena jest niższa).
  Bazą batona są daktyle, następnie mamy orzeszki ziemne oraz sól dla podkręcenia smaku - naturalnie i bez zbędnych wypełniaczy.

  Sam baton jest prostokątny, koloru karmelowego z połyskiem i wyraźnie widocznymi kawałkami arachidów. W dotyku zwarty, niezbyt twardawy i tłusty - na palcach pozostawia tłusty nalot. Aby go przekroić należy zrobić to z lekkim naciskiem ale jednocześnie palcami można urwać jego kawałek - bez problemu się go gryzie. Jest również lepki - z jego kawałków można formować kulki. Pachnie słodko-słonymi fistaszkami ale nie masłem orzechowym.

  Wgryzienie w baton nie sprawia problemów. Pod zębami baton jest żujny z lekką domieszką proszkowatości, jakby od fistaszków. W smaku czuć przede wszystkim wysoką słodycz daktyli a potem fitaszki z nutką soli. Zęby bardzo często trafiają na arachidy, których producent nie pożałował. Z zewnątrz stawiają lekki opór ale jednocześnie złapały wilgoć z daktyli - są twardo-miękkie, przy czym zachowały swój fistaszkowy smak. To co mnie zaskoczyło to fakt, że po zjedzeniu mniej więcej 1/3 batona poczułam również coś z makowca. 

  Całość smakuje słodkimi fistaszkami, ale nie masłem orzechowym. Masła orzechowego tutaj nie ma i nawet tego nie oczekiwałam. Jest bardzo słodko (dla mnie aż muląco) i wyraźnie fistaszkowo... tyle - trochę jak wegański Snickers. Dla mnie przeciętnie. Baton nie ma w sobie nic zaskakującego, czy też ciekawego abym chciała do niego wrócić. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że jest okropny - po prostu nie ma w sobie charakteru i tego "czegoś" (a przy okazji dla mnie jest zdecydowanie za słodki - zjadłam mniej więcej do połowy). Wiem jednak, że niektórym smakuje.

Wartość energetyczna w 100g - 438 kcal
Wartość energetyczna w batonie (50g) - 219 kcal
Cena - 2,99zł Lidl
Ocena - 4/6

piątek, 16 listopada 2018


  Jakiś czas temu rozpoczęłam przygodę z powieściami sióstr Brontë. Dzisiaj wraz z Villette autorstwa Charlotte Bonte podróż ta dobiegła końca. Co ciekawe wspomniana powieść została oparta na wątkach autobiograficznych a także okrzyknięta arcydziełem jej życia. 

"Im dłużej żyjemy, tym więcej nabieramy życiowego doświadczenia, tym mniej skłonni jesteśmy do surowego sądzenia naszych bliźnich, do podawania w wątpliwość opinii świata".

  Vilette opowiada o losach dwudziestotrzyletniej angielki Lucy Snow. Kobieta w wyniku nieszczęśliwych wydarzeń straciła wszystko na czym jej zależało: rodziców, dom, przyjaciół a także cały majątek. Pewnego dnia pod pływem impulsu wsiadała na statek, który zabrał ją do Francji. Nie wiedziała co czeka ją w nowym miejscu - nie miała przy sobie pieniędzy i nie znała języka. Była w zupełnie obcym dla siebie miejscu, jednak postanowiła nie załamywać się. Zaczęła szukać pracy. Trafiła do miasta Villette, gdzie bardzo szybko otrzymała posadę guwernantki na pensji dla dziewcząt prowadzonej przez Madame Beck a niedługo potem przejęła etat nauczycielki. Wydawać by się mogło, że od teraz będzie tylko lepiej. Jednak życie przyszykowało dla niej inny scenariusz: dziewczęta, które uczyła okazały się głupie i rozpuszczone a jej serce również zaczęło płatać jej figle...

,,(...) ludzie, którzy ponieśli ciężkie straty, zazdrośnie gromadzą i zamykają na cztery spusty pamiątki: ból nie do zniesienia zadają w samo serce momenty nagłego odradzania się żalu."

   Narracja powieści jest bardzo powolna i została poprowadzona w pierwszej osobie ustami Lucy Snow. Stopniowo poznajemy życie Lucy - nie tylko to co kobieta widzi, słyszy i czego doświadcza, ale również jej myśli i wewnętrzne rozterki. Obserwujemy jej życie a także jak pod wpływem kolejnych wydarzeń przechodzi przemianę.
  Sporo tutaj przemyśleń, rozważań, rozmów samej ze sobą co na dłuższą metę może nudzić a nawet nieco irytować. Jednak wierzę, że znajdą się i tacy, którym nie będzie on przeszkadzał - mało tego dostrzegą w nim urok.

"Życie tak się układa, że nigdy nie przynosi tego, czego się po nim spodziewamy."

  Główna bohaterka nie zdobyła mojej sympatii - niejednokrotnie irytowała mnie swoim zachowaniem. Z kolei dziewczęta, które uczyła... nie ukrywajmy to puste i rozpieszczone lale, które mają pstro w głowie (w skrócie - przysłowiowe blondynki).
  Mogłabym do tego dodać jakby na siłę rozwleczoną fabułę, zbyt dużo przemyśleń, wewnętrznych rozterek... Dialogów również ze świecą szukać - stanowią jedynie dodatek. Jak dla mnie tego wszystkiego było za dużo - trochę przytłoczyła mnie ta ilość refleksji. Brakowało mi czegoś co nakręciło by całą tę maszynę i sprawiło, że powieść wciągnęłaby mnie bez reszty. Mimo tego czytałam z przyjemnością.

"Wierzę w źdźbło nadziei i blasku słonecznego, wystarczające do osłodzenia najcięższego nawet losu. Wierzę, że życie na tej ziemi nie jest wszystkim: ani początkiem, ani końcem. Wierzę, drżąc; ufam, płacząc." 

  Największym atutem powieści jest piękny język pełen metafor. Dzisiaj tak pięknie się nie pisze. Z uwagą i szacunkiem do języka, każdego słowa - czuć, że mamy do czynienia z literaturą piękną.
  Do tego należy dodać wiktoriański klimat, który pozwala przenieść do minionej epoki. Autorka przedstawia nam jej realia a także zasady jakie wówczas panowały, jednocześnie niektóre z nich piętnując jak np. krytyka Kościoła Katolickiego.
  Pokazuje nam ówczesne społeczeństwo a także to jak istotną rolę odgrywał majątek - ludzie byli traktowali według tego ile pieniędzy posiadali (w powieści Shirley poruszony zostaje między innymi temat roli kobiety i jej zamążpójścia) Zarówno pani Bonte jak i polska tłumaczka Róża Centnerszwerowa, wykonały kawał świetnej roboty. Brawa. 

"Mądrzy ludzie mówią, że nierozsądkiem jest uważać jakiegokolwiek człowieka za doskonałość."

  Powieść ma swoje mocne i słabsze strony. Jej lektura była dla mnie wyzwaniem, jednak czasu z nią spędzonego nie uważam za stracony. To dojrzała powieść, dlatego nie odradzam aby po nią sięgać. Jednak jeśli w powieściach szukacie akcji i wielkich emocji lub chcielibyście przeczytać typowy romans, to nie wykluczone, że się zawiedziecie. "Villette" to nie romans a powieść psychologiczna z wplecionym wątkiem romantycznym.

  Według mnie to dobra pozycja dla osób spokojnych, oddającym się melancholii odnośnie życia i świata a także lubiącym książkowe wyzwania. Wyraźnie czuć, że mamy do czynienia z klasykiem, chociaż osobiście ja bym go skróciła o jakąś 1/3 :)
  A okładka z wydawnictwa MG jest piękna :)

Tytuł: Villette | Autor: Charlotte Brontë | Tłumaczenie: Róża Centnerszwerowa | Wydawnictwo: MG | Okładka: twarda | Ilość stron: 688

Tym bigosem odniosłam sukces. Po raz pierwszy mojej mamie posmakowało danie bez ani grama soli. Wcześniej mama chwaliła przygotowane przeze mnie potrawy ale zawsze je dosalała a tym razem nie. Mało tego - mimo iż dzień wcześniej przygotowała dla siebie i taty bigos z indykiem, zostawiając go w lodówce aby się przegryzł, następnego dnia na obiad wybrała moją wegańską wersję :)

Składniki (4-5 porcji)
mała główka białej kapusty (ok. 1200g)
500-600g mniejszych pieczarek
1 większa marchew
1 spora pietruszka
1 większa cebula
spora garść suszonej włoszczyzny (to dla aromatu można pominąć)
4 liście laurowe
kilka ziaren ziela angielskiego
kilka ziarenek czarnego pieprzu
3-4 łyżki koncentratu pomidorowego (lub do smaku)
**pieprz ziołowy Prymat
pieprz czarny
wędzona mielona papryka*poszło mi ok. 100g gęstszego koncentratu pomidorowego plus łyżka rzadszego
**koniecznie użyjcie przyprawy tej firmy - kompozycja użytych w niej przypraw nadaje świetnego smaku i aromatuKapustę obieramy z zewnętrznych liści, dzielimy na ćwiartki i szatkujemy
Marchew, pietruszkę myjemy, obieramy i kroimy w kostkę
Pieczarki myjemy i kroimy w półpasterki. Wrzucamy na patelnię podlaną odrobinką wody i dusimy najpierw pod przykryciem do czasu aż puszczą wodę, a następnie bez aż woda wyparuje. Przekładamy do miseczki a patelnię przecieramy ręcznikiem papierowym. Następnie rozgrzewamy olej i wrzucamy drobno posiekaną cebulę.

 Kiedy się zeszkli dodajemy pieczarki oraz wędzoną słodką paprykę. Smażymy aż pieczarki się przyrumienią po czym doprawiamy pieprzem ziołowym. Całość przesmażamy jeszcze przez chwilę, cały czas mieszając aby smaki się ze sobą połączyły po czym zdejmujemy z ognia.

Kapustę po umyciu szatkujemy. Przekładamy do garnka, zalewamy dwiema szklankami wody i dodajemy liście laurowe, ziele angielskie oraz pierz ziarnisty. Przykrywamy przykrywką i od momentu zagotowania gotujemy ok. 10 minut, następnie dodajemy koncentrat pomidorowy, suszoną włoszczyznę, marchew, pietruszkę oraz pieczarki. Mieszamy i gotujemy jeszcze przez ok. 15-25 min aż kapusta zmięknie, od czasu do czasu mieszając (gdyby była taka potrzeba dolewamy wody) Na końcu doprawiamy do smaku mieloną papryką oraz pieprzem ziołowym jeśli jest taka potrzeba (już nie podgrzewamy bo papryka zrobi się gorzka).
Smacznego

 
1 , 2 , 3


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny

tekst alternatywny