.

Wpisy z tagiem: pierogi

poniedziałek, 04 września 2017

Nie przepadam za daniami mącznymi i tymi na bazie ziemniaków. Tak na prawdę to nigdy nie pałałam do nich miłością. Kiedy byłam mniejsza faktycznie lubiłam pierogi z ziemniakami i twarogiem, które przygotowywała moja mama, ale przede wszystkim dlatego, że było to jedno z nielicznych wegetariańskich dań, które pojawiały się w naszym domu. Najprawdopodobniej gdyby nie to i na stole gościły również inne potrawy, pierogi jadłabym bardzo rzadko. Zdecydowanie wolę kasze, jednak od czasu do czasu w ramach urozmaicenia swojego jadłospisu, mam ochotę na co innego.
Kiedy na blogu Magdaleny jako jedną z propozycji obiadowych zobaczyłam kopytka z dodatkiem brokułów byłam ciekawa jak mogą one smakować. Wkrótce mogłam się o tym przekonać - w lodówce znalazły się "resztki" potrzebnych składników, dlatego postanowiłam takie kopytka przygotować. Nie żałuję - wyszły smaczne a ja zaspokoiłam swoją ciekawość, choć nadal nie zostałam miłośniczką dań mącznych i tych na bazie ziemniaków ;)

Składniki (1 porcja)
ok. 200g ugotowanych, tłuczonych ziemniaków
100g ugotowanego brokuła
*ok.1/2-2/3 szklanki mąki gryczanej
1 pełna łyżka mąki ziemniaczanej
sól

*ok. 1/4 objętości ziemniaków wymieszanych z brokułami

Ugotowane brokuły drobno kroimy i mieszamy z ziemniakami oraz solą. Wsypujemy mąkę i dokładnie zagniatamy ciasto - gdyby było zbyt suche dodajemy kapkę wody.
Ciasto dzielimy na dwie części z których rolujemy wałeczki, lekko spłaszczamy a następnie kroimy na skos na kształt rombu.
W dużym garnku zagotowujemy wodę. Na wrzątek wrzucamy partiami kopytka i zmniejszamy ogień. Gotujemy do wypłynięcia na powierzchnię lub nieco dłużej gdyby kopytka okazały się surowe. Należy jednak uważać, gdyż łatwo je rozgotować. Podajemy z ulubionymi dodatkami. 

czwartek, 29 czerwca 2017

Dzisiejsze danie powstało pod wpływem chwili. Naszła mnie ochota na pierogi z... zielonym groszkiem. Jednak nie miałam czasu na przesiadywanie w kuchni i lepienie małych pierogów. Postanowiłam zrobić pierogi na raz. Na szybko przygotowałam farsz, wsypałam mąkę do miski, zagniotłam ciasto z którego zamiast uformowałam. Zamiast gotować je w wodzie, dla odmiany postanowiłam ugotować je na parze. Dłużej? Nie wydaje mi się a nawet jeśli tak jest, to i tak czas gotowania jest niewiele dłuższy niż tradycyjnych pierogów. To była improwizacja - jak się okazało udana. Dopiero po jakimś czasie przeczytałam, że podobną metodą przygotowuje się chińskie pierożki DIM SUM z tą różnicą, że do ciasta wykorzystuje się mąkę ryżową. Można powiedzieć, że moje pierogi to taka spolszczona wersja tych chińskich. ^_^

Składniki (1 porcja)
Farsz:
ok. 1/2 szklanki mrożonego zielonego groszku NIE Z PUSZKI
ew. mały ząbek czosnku i odrobina soku z cytryny (u mnie bez)
przyprawy

Mrożony groszek zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na kilka minut do czasu aż zmięknie. Następnie rozgniatamy go widelcem (niezbyt dokładnie) i doprawiamy do smaku. Gdyby pasta była zbyt sucha możemy dolać odrobinę wody.

Ciasto:
niepełna szklanka mąki pełnoziarnistej
ok. 1/4-1/3 szklanki ciepłej wody
szczypta soli

Mąkę z solą przesiewamy do miski. Stopniowo wlewając wodę zaczynamy miesząc drewnianą łyżką. Kiedy składniki mniej więcej połączą się w całość zagniatamy gładkie i elastyczne ciasto jak na pierogi. Gdyby była taka potrzeba delikatnie podsypujemy mąką.

Pierogi
Ciasto przekładamy na obsypany mąką blat stolnicy i dzielimy na mniej więcej równie części, tyle ile ma nam wyjść pierogów. Każdą rozpłaszczamy. Na środek każdego kawałka kładziemy porcje farszu i zawijamy boki ciasta do środka w kształt sakiewki dokładnie je zlepiając.
W garnku zagotowujemy wodę. Pierożki układamy na natłuszczonym sitku do gotowania na parze (aby pierogi nie przywierały) starając się aby nie stykały się ze sobą. Przykrywamy pokrywką i gotujemy ok. 5 minut.


Książka wcale nie musi być przepastnym tomiszczem. Może być niewielka, zawierać niewiele treści, ale za to jakiej. Nie liczy się ilość a jakość - czasem w kilku słowach jest więcej piękna, mądrości i przesłania niż w kilkunastu stronach. Czasem wystarczy tak niewiele aby przekazać wszystko. Dzisiaj opowiem Wam o takiej książce a dokładnie baśni - niezwykłej i pouczającej. Jak już za pewne wiecie lubię czytać baśnie, gdyż zawierają uniwersalne prawdy, które można odnieść do każdej epoki). Kiedy w poszukiwaniu ilustrowanego Pinokia w internetowej księgarni Szymelka.pl trafiłam na dzisiejszą pozycję, wiedziałam, że to będzie piękny prezent dla bliskiej mi osoby.

"Biała księżniczka i Złoty smok" autorstwa węgierskiej pisarki Petry Finy to baśń o obdarzonej niecodzienną urodą chińskiej księżniczce Bai. Dlaczego "niecodzienną"? Bowiem księżniczka Bai ma twarz „białą jak ryżowy krochmal” i mimo, że jest niezwykle urodziwą i piękną dziewczynką, stanowi to dla niej przekleństwo. Wprawdzie na dworze chińskiego cesarza wszystkie damy bielą twarz, jednak pod warstwą pudru kryje się ich naturalna, żółta skóra. Cera Bai nie posiada żółtego odcienia - wiecznie jest idealnie blada. Ta cecha sprawia, że liczba zalotników, starających się o jej rękę z dnia na dzień maleje, aż w końcu nikt nie chce jej poślubić. Przez swój wygląd księżniczka czuje się inna i jest bardzo nieszczęśliwa. Z pomocą przychodzi jej przyjaciel - Złoty Smok, który zabiera ją długą podróż aby ta mogła odnaleźć prawdziwą miłość. Bai pokonuje długą drogę, przemierza kilka miejsc, jednak nigdzie nie jest akceptowana taka, jaką jest. I kiedy wydaje jej się, że w końcu trafiła na miłość swojego życia, jest zmuszona z niej zrezygnować. Okazuje się, że cena jaką musiałaby zapłacić za to małżeństwo, jest zbyt wysoka, bowiem księżniczka w sercu ukochanego dostrzega ciemność. Zrozpaczona Bai wraz ze Złotym Smokiem udaje się do Mistrza Smoków, gzie podejmuje decyzję, która na zawsze odmieni jej życie.

Opowieść na prawdę jest niezwykła, pouczająca i magiczna. To nie jest zwyczajna baśń o księżniczce i księciu na białym koniu. To baśń z przesłaniem - taka, która porusza wiele ważnych tematów. Pod pryzmatem białej cery księżniczki mówi o odmienności i tym jak dla wielu ważny jest wygląd - nie piękne wnętrze i czyste serce, ale to jak wygląda. To opowieść o odrzuceniu, braku akceptacji ze strony innych z powodu nawet najdrobniejszych różnic, jej potrzebie a także o skromności, osamotnieniu i poszukiwaniu sensu życia.

Na uwagę zasługuje nie tylko mądra, ciepła i niosąca niezwykle ważne przekazy treść, ale również wydanie książki. Widać, że zostało ono przygotowane z dbałością o szczegóły a wydawnictwo przyłożyło wszelkich starań aby było ono porządne i przyjemne dla oka. Twarde oprawa, niewielki rozmiar, dzięki czemu bez problemu można zabrać ja ze sobą w teren, dobrej jakości, szyty papier. W środku cudowna treść której towarzysza barwne ilustracje Mari Takács.
Na ten element zwracam szczególną uwagę i one również decydują, czy daną książkę uznam za godną polecenia, czy też nie. Często bywa tak, że nawet najpiękniejszą treść można zepsuć nieprzyjemnymi w odbiorze i niepasującymi ilustracjami. Bo przecież ilustracje stanowią nieodłączną część książki, są dopowiedzeniem opowiedzianej historii, ba... one również ją opowiadają.

Ilustracje Mari Takács są niezwykłe. Nasunęły mi na myśl obrazy malowane pędzlem i sprawiają, że nie sposób na nie nie spojrzeć a czasem oderwać od nich wzrok. Jest w nich niezwykła subtelność, niezwykłość, tajemnica.... Bardzo dobrze oddają emocje (smutek, ból, cierpienie) i każdy detal (pięknie haftowane chińskie stroje). Razem z tekstem tworzą piękną i spójną całość - historię uniwersalną i wciąż aktualną... historię o prawdziwym życiu.
To idealna książeczka na prezent dla młodszego rodzeństwa, kuzynostwa, dziecka. Ja już wiem komu ją podaruję. Nie teraz - za jakiś czas, kiedy ten mały szkrab podrośnie na tyle, że będzie w stanie zrozumieć naukę zawartą w tej opowieści.
~~~~~~~~~~~~
Tytuł:
"Biała księżniczka i Złoty smok"
Tekst: Petra Finy
Ilustracje: Mari Takacs
Wydawnictwo: Namas, Poznań 2011
Okładka: twarda
Liczba stron: 22


środa, 29 marca 2017

Przepis, który powstał na tak zwanym spontanie. Po prostu chciałam w zamrażarce mieć jakieś drożdżowe bułeczki z warzywnym nadzieniem - na tak zwaną "czarną godzinę". Wybór padł na pieczone pierogi - inaczej calzone. Skończyło się na tym, że ciasta wyszło mi trochę za dużo, nadzienia za mało a pierogi zniknęły tak szybko, że nie było co mrozić.

Składniki:
Ciasto (na 6 sztuk)
250g mąki pełnoziarnistej orkiszowej
150g mąki pszennej tym 650
15g świeżych drożdży
ok. 250-300 ml letniej, lecz nie gorącej wody
szczypta soli

Drożdże rozpuszczamy w niewielkiej ilości wody z dodatkiem 1-2 łyżek mąki (rozczyn powinien mieć konsystencję gęstej śmietany) i odstawiamy do wyrośnięcia.
Do miski przesiewamy mąki z solą, dodajemy wyrośnięty rozczyn. Stopniowo wlewając wodę zaczynamy wyrabiać, gładkie i elastyczne ciasto. Wyrabiamy przez kilka minut do czasu aż przestanie mocno lepić się do rąk i miski, jednak ciasto nadal pozostanie delikatnie lepkie. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoja objętość)

Farsz (na 4-5 calzone)
1 cebula
2 średnie pietruszki (ok. 200g)
1 większa marchew (ok. 150g)
300g pieczarek
250g świeżego szpinaku
ew. 1 zmiażdżony ząbek czosnku
pieprz ziołowy (według mnie najlepszy jest ten z Prymat)
pieprz czarny
ew. sól i pierz cayenne

ewentualnie sos pomidorowy
ewentualnie wegański ser np. mozzarella, gouda itp.

Wszystkie warzywa dokładnie myjemy. Cebulę kroimy w drobną kostkę, pieczarki w plasterki lub półplasterki a marchew oraz pietruszkę ścierami na tarce o dużych oczkach.
Liście szpinaku myjemy, oddzielamy od grubych łodyżek po czym wilgotny wrzucamy na suchą patelnię. Podgrzewamy do czasu aż zmniejszy swoją objętość, następnie przekładamy na sito a kiedy ostygnie dokładnie odsączamy i siekamy (nie za drobno, małe listki pozostawiamy w całości)

Na suchą patelnię podlaną odrobiną wody wrzucamy pieczarki. Dusimy najpierw pod przykryciem do czasu aż "puszczą wodę" i zmniejszą swoją objętość, następnie odsączamy na sitku i przekładamy do miseczki.
Kiedy patelnia ostygnie, myjemy ją, osuszamy a następnie rozgrzewamy olej. Wrzucamy drobno posiekaną cebulę oraz pieczarki i smażymy do zeszklenia cebuli. Dodajemy startą włoszczyznę, smażymy przez chwilę po czym podlewamy odrobinką wody. Dusimy przez niecałą minutę, tak by warzywa były al dante (w razie potrzeby odlewamy wodę). Dodajemy posiekany szpinak oraz jeśli chcemy przeciśnięty przez praskę czosnek. Doprawiamy do smaku (ja użyłam dużej ilości pieprzu ziołowego). Ostawiamy do ostygnięcia.

Przygotowanie calzone:
Wyrośnięte ciasto odgazowujemy i dzielimy na 6 mniej więcej równych części. Każdą rozciągamy na kształt koła (najlepiej podsypywać mąką, ponieważ ciasto jest lepkie).
Jeżeli mamy sos lub przecier pomidorowy i mamy ochotę to smarujemy nim każdy placek. Na jedną połowę każdego koła nakładamy ostudzony farsz, ewentualnie posypujemy serem, składamy na pół i dokładnie zlepiamy brzegi jak tradycyjne pierogi.

 Pieczemy na rumiano przez ok. 30 minut w temperaturze 180 stopni.


 
1 , 2 , 3


Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Tu kupisz ksiażki tekst alternatywny