.

Wpisy z tagiem: bułki

czwartek, 22 listopada 2018

 Nie wiedziałam jaki przepis mam opublikować na blogu. Ostatnio moja głowa świeci pustkami - pomysłów brak a jeśli dochodzi do tego fakt, że kompletnie nie potrafię robić zdjęć, to się odechciewa wymyślać i kombinować. Zresztą... tak na prawdę tego nie lubię. Od zawsze moja kuchnia była prosta, niewymagająca z łatwo dostępnych składników - sezonowa. Bez tofu, soi, płatków drożdżowych, listków szafranu itp. Wszystko to co znajdziecie w osiedlowym sklepiku, ogródku, warzywniaku... Prosto. Być może dla Was nudno ale dla mnie smacznie. Chyba blog powoli umiera... Bywa. Takie życie...

Przepis na bułeczki wygrzebałam z folderu. Może kogoś zaciekawi. Zapraszam ;)

Składniki (7 bułek)
450g mąki pszennej
10-15g świeżych drożdży
ok. 350 ml letniej wody
1 łyżeczka soli
ew. garść ulubionych ziaren

ok. 100g suszonych pomidorów w oliwie, odsączonych i pokrojonych w kostkę

Z drożdży, łyżki mąki, odrobiny wody przygotowujemy rozczyn o konsystencji gęstej śmietany i odstawiamy do wyrośnięcia.
Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy wyrośnięty rozczyn, ziarna oraz sól. Stopniowo wlewając wodę zaczynamy wyrabiać gładkie, elastyczne, lekko luźne i odrobinę lepkie ciasto (w razie kłopotów można wkładać dłoń do mąki i następnie wyrabiać nią ciasto). Pod koniec wyrabiania dodajemy posiekane suszone pomidory i wyrabiamy.  Miskę przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia swojej objętości.

Wyrośnięte ciasto odgazowujemy i dzielimy na 7 równych części z których formujemy bułeczki.Układamy je odstępach na natłuszczonej blasze do pieczenia i pozostawiamy do napuszenia. Podrośnięte bułeczki wstawiamy do ZIMNEGO piekarnika nastawionego na 180 stopni (grzanie góra-dół, bez termoobiegu). Pieczemy ok. 35-40 minut na złoto-brązowy kolor, jednak trzeba to sprawdzać bo każdy piekarnik jest inny.

UWAGI
1. Często ułatwiam sobie wyrabianie ciasta. Stopniowo wlewając wodę do ciasta, mieszam je drewnianą łyżką. Kiedy jest już spójne zaczynam wyrabiać je rękoma.
2. Ciasto wychodzi lepkie ale to nie przeszkadza - aby uformować bułeczki wystarczy "maczać" dłonie w mące. 

Istnieją książki, które od razu przykuwają wzrok ale również i takie, które na pierwszy rzut oka nie wzbudzają większego zainteresowania ale kiedy po nie sięgniemy czujemy jakby w naszych sercach topniał lód... jakby opowieść, którą przeczytaliśmy topiła nasze serce.

 Serce na sznurku Małgorzaty Domagalik to książka wydawać by się mogło zupełnie zwyczajna a nawet w kategorii "nic szczególnego". Można by pomyśleć, że to kolejny chwytliwy tytuł i śliczna okładka, które mają na celu zachęcić do zakupu a w efekcie przeczytamy i szybko o niej zapomnimy. I takich sytuacjach nie raz i nie dwa można się przeliczyć.

  Biegun Polarny. W przykrych okolicznościach mała foczka traci mamę. Bezradna, samotna, zagubiona i jeszcze nie znająca świata, sama musi zmierzyć się z nieznanym, groźnym światem. Nieoczekiwanie jej losy jej losy krzyżują się z losami Ksawerego – niedźwiedzia polarnego... największego wroga fok. Ale czy aby na pewno? To wydarzenie całkowicie odmieni życie obojga.

  To kolejna książka po przeczytaniu której jest mi ciężko zebrać i uporządkować myśli - moje uczucia tkwiące w sercu. Poczułam się zauroczona, wzruszona, poruszona... Bo to cudowna historia - prosta ale piękna, mądra... krusząca lody i rozgrzewająca serca. Wzruszająca.... aż do łez.

 Jest tutaj klimat. Jest piękno i urok. jest naturalny czar. Jest piękna historia - wydawać by się mogło, że prosta ale zarazem wielka i z drugim dnem.
  Historia, która mówi o stracie bliskiej osoby (w tym przypadku mamy), o samotności, bólu i bezradności z tym związanymi. Ale również o nadziei, która zawsze gdzieś tli się w sercu, samodzielności, odwadze, tolerancji...

  O pokonywaniu uprzedzeń - nie tylko tych między zwierzętami - i podążaniu za głosem serca.
  O przyjaźni, która wydawać by się mogła, że istnieć nie może a ma swój byt. Mało tego - jest prawdziwa, wielka i tak potężna, że nic i nikt nie jest w stanie jej zerwać, zniszczyć.
  O przyjaźni, która przeradza się w miłość - na śmierć i życie. Po kres wszystkiego. Na zawsze.
  O świecie w którym wszystko zdarzyć się może, nawet to co wydaje się być niemożliwe.
  O MIŁOŚCI i PRZYJAŹNI, które bez względu na wszystko będą trwać i trwać. I nie ma znaczenia jakie przeszkody staną na naszej drodze, MIŁOŚĆ I PRZYJAŹŃ jeśli prawdziwe będą istnieć ZAWSZE.

  Tylko szkoda, że jest taka krótka. Tak jakby jakby... ucięta? Tak szybko się kończy. Raptem..
  Jednak historia jest piękna...
  Jest przekaz, mądrość, refleksja...
  Jest nadzieja, nieoczekiwana zmiana i "słońce na niebie" - wszakże to książka dla dzieci. Nie może być smutna i bolesna.
  Jest motyw Bożego Narodzenia i najcenniejszy prezent jaki można otrzymać.... a także przepisy na ulubione desery Ksawerego oraz Foczki...

 I pozostaje czekać na drugą część.

KONIEC CZĘŚCI I

poniedziałek, 03 września 2018

Bez zbędnych wstępów zapraszam na świeże i pachnące bułeczki z chrupiącym akcentem w postaci orzechów włoskich.

Składniki (7-8 bułek)
Zaczyn poolish
5g świeżych drożdży
200g mąki pszennej pełnoziarnistej
200ml ciepłej wody

Drożdże rozpuszczamy w wodzie, następnie dodajemy mąkę i mieszamy na gładkie, gęste ciasto. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do przefermentowania na 12-16 godzin w temp. pokojowej (lub na całą noc)

Ciasto:
100g mąki pszenne pełnoziarnistej
200g mąki pszennej typ 650
10g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
ok. 160 ml letniej wody

Dodatkowo:
szklanka posiekanych orzechów włoskich (ok. 100-120g)

W misce umieszczamy obie mąki, sól, cały zaczyn oraz pokruszone drożdże. Mieszamy, po czym wlewamy wodę i zagniatamy jednolite ciasto w trakcie dosypując posiekane orzechy włoskie (wyrabianie nie jest łatwe i trochę potrwa, dlatego możecie zrobić to mikserem z hakiem o dużej mocy. Najpierw przez 3 minuty na najniższej prędkości. Następnie mieszamy jeszcze 3-3,5 minuty na średniej prędkości).

Całość wyrabiamy do czasu aż ciasto będzie gładkie, nieco luźne, elastyczne i lepkie. W razie potrzeby zanurzamy rękę w mące ale NIE PODSYPUJEMY ZA DUŻO.
 Formujemy kulę i odstawiamy pod przykryciem na 2 godziny w ciągu tego czasu składając ciasto 2-kronie (po godzinie wyrastania ciasto rozpłaszczamy na lekko oprószonej mąką stolnicy na kształt prostokąta. Następnie składamy tak jak kopertę, tzn. najpierw lewy bok do środka na 2/3 długości placka, lekko przygniatamy. Następnie przykrywamy go prawym bokiem ciasta i lekko przygniatamy. W ten sam sposób zagniatamy krótsze boki, formujemy kulę i przekładamy ciasto do miski. Pozostawiamy do wyrośnięcia na 30 minut, ponownie składamy i zostawiamy na kolejne 30 minut KLIK )

Po tym czasie ciasto dzielimy na 7 części (po ok. 130g każda) z których formujemy kule, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy na 10-15 minut by ciasto odpoczęło. Z każdego kawałka formujemy bułki, które układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia obsypanym mąką. Następnie przykrywamy je ściereczką i odstawiamy na ok. 60 minut aż podwoją swoją objętość..
Pieczemy w 180 stopniach przez ok. 25 minut na złoty kolor. Studzimy na kratce
Smacznego

 

"— Obawiam się, Jętko, że już się więcej nie zobaczymy.
— A dlaczego? Ja się przecież nigdzie nie wybieram."

  W pogoni za życiem to książka autorstwa Przemysława Wechterowicza z ilustracjami Emilii Dziubak, która ukazała się nakładem wydawnictwa Ezop. Książka, która mimo iż na pierwszy rzut kolorowa i wesoła do końca taka nie jest. Książka trudna i która porusza ważne tematy.

  Pewnego słonecznego poranka w nowojorskim parku na świat przychodzi jętka. Nie zna pojęcia śmierci i nie zna istoty życia. Wszystko ją zachwyca. Prostuje skrzydełka i nie wie co dalej ma robić. Wtedy nawiązuje znajomość z pewną muchą - Łucją, która dobrze zna Nowy Jork. Mimo iż ma wiele spraw na głowie postanawia poświęcić jętce swój czas. To wszystko ze współczucia. Bowiem jętki to stworzenia, które żyją tylko jeden dzień, od wschodu do zachodu słońca.
 
  Łucja razem z Jętką wybierają się na wycieczkę po Nowym Jorku. Najpierw oglądają miasto spomiędzy nóg ludzi a potem z wysoka. Zaglądają do biblioteki, parku, zoo i teatru. Posilają się w restauracji, płyną promem, skaczą na bungee, oglądają wyścigi konne i podziwiają statuę wolności...  Starają się w pełni wykorzystać każdą sekundę, zobaczyć i zrobić jak najwięcej zanim słońce schowa się za horyzont. Sprawić by ten dzień był dla Jętki wyjątkowy - bo nie będzie ona miała ich więcej.

  Wiele osób być może powie, że jest to opowieść o niczym. O tym, że życie szybko przemija, nic dobrego nam nie oferuje i trzeba śpieszyć się nim przeminie. Jednak kiedy spojrzymy nieco głębiej dostrzeżemy, że Przemysław Wechterowicz wraz z Emilią Dziubak stworzyli nietypową historię o śmierci i przemijaniu.
  Pan Przemysław krótkimi zdaniami, w prosty sposób opowiada o tym co ważne i nieuniknione. O tym o czym nie wiemy jak mówić, czasem nie chcemy lub się boimy. O tym o czym ciężko jest mówić i wytłumaczyć, zwłaszcza dzieciom.
  Jednak Wechterowicz się tego podjął. Na swój sposób stara się wytłumaczyć, wyjaśnić na czym polegają i jaki jest ich sens. Jest oszczędny w słowach, nie komplikuje, nie moralizuje i nie poucza. Opowiada a to czego nie pisze dopowiadają ilustracje Emili Dziubak- głębokie i refleksyjne.

   Ten duet nie tylko mówi o śmierci i przemijaniu, ale również przyjaźni (Jętka zaprzyjaźniła się z Łucją). Snuje refleksję nad ulotnością życia i zwraca uwagę na to, że warto cieszyć się każdą chwilą. Zatrzymać się, odetchnąć, rozejrzeć dookoła siebie. Podziękować za to co mamy i co nas otacza. Być za to wdzięcznym i doceniać. Przecież życie oferuje nam wiele wspaniałości, tylko człowiek tego nie dostrzega i nie docenia. Nie widzi ile dobrego otrzymuje każdego dnia, nie korzysta z tych wszystkich dobroci...
  A warto doceniać i cieszyć się nimi, bo życie jednocześnie jest ulotne i szybko przemija. Ucieknie miedzy naszymi palcami nim się obejrzymy. Niby banalne ale prawdziwe i jeśli zatrzymamy się przy tym na dłużej głębokie.

  I tak zastanawiam się dla kogo w rzeczywistości była pisana ta opowieść. Czy rzeczywiście dla dzieci? A jeśli tak to w jakim wieku? Bo czy słowa "dzień się skończy, a ty umrzesz" nie wzbudzą w dziecku lęku? Obawy, że ono również umrze z końcem dnia? Przecież nie każde dziecko dziecko zrozumie tę metaforę. Z drugiej strony skłania ona do rozmów na ten temat, do wyjaśniania.
  A może książka powstała z myślą o nas - dorosłych?
  A może jest uniwersalna?
  Przecież przesłanie aby doceniać życie, cieszyć się nim i korzystać z każdej jego sekundy dotyczy każdego z nas. A tytułowa pogoń za życiem zdarza się nie tylko jętkom.
   Chyba ta ostatnia wersja jest najbardziej zbliżona prawdzie.

" Cóż znaczy: dziś? - przypatrz się jętce.
Świt jej dał życie, a zmrok wieczora
Już obwieszcza: że jej umrzeć pora.
Dziś jest tylko błyskiem w życia chętce."

Autor: Przemysław Wechterowicz | Ilustracje: Emilia Dziubak | Wydawnictwo: Ezop | Ilość stron: | Okładka: Twarda

piątek, 31 sierpnia 2018

  Książka o której dzisiaj opowiem stanowi kolejną część z całej serii, która ukazała się nakładem wydawnictwa Dwie Siostry. Sięgnęłam po nią ze względu na kolorową, wakacyjną okładkę a także ludzką ciekawość - chciałam poznać jej treść.
  "8 + 2 i promenada Babci" Anne-Cath Vestly to nowość wydawnicza w której poznajemy dalsze losy  pewnej licznej rodziny, która wzajemnie się o siebie troszczy a także żyje w prostocie w bliskości z naturą. A o co dokładnie chodzi w książce? Postaram sie przedstawić to w jak najbardziej możliwym skrócie :)

  Babcia ma swoją ukochaną krowę Mućkę. Wraz z przyjściem wiosny zwierzak w końcu może wyjść na pastwisko, by zażyć słońca, świeżego powietrza a także poskubać trawki. Jednak Babcia nie jest pierwszej młodości - nie ma już tyle sił co kiedyś aby towarzyszyć jej w codziennym pasaniu. Dlatego Tata wpada na pewien pomysł: dzieci dobrane w pary przejmą opiekę nad krówką, pełniąc rolę pastuszków, co tydzień wymieniając się swoimi obowiązkami.
  Jak możecie się domyślić nie będzie nudno: każdej parze towarzyszą przeróżne przygody w szczególności, kiedy w lesie pojawiają się robotnicy budujący nową drogę. Las, który do tej pory dzieci znały jak własną kieszeń zaczyna ich zaskakiwać. Na domiar złego pewnego dnia wyprowadzona na pastwisko Mućka znika bez śladu. Pozostaje po niej tylko wiszący na gałęzi dzwonek oraz ślady kopyt i czyiś butów…

  Z historii przebija się prostota ale jednocześnie ciepło i niezwykła energia, którą ciężko jest opisać. Ktoś powiedziałby, że jest banalna, wręcz infantylna, jednak nie można zapomnieć o tym, że została napisana z myślą o młodszym czytelniku tak samo jak "Dzieci z Bullerbyn". Poza tym w tej prostocie tkwi również swoisty urok. Sporo tutaj rodzinnego ciepła, empatii i miłości. Wzajemnego ciepła, zrozumienia, wsparcia, solidarności. Bycia ze sobą i za sobą w każdej sytuacji.

  To naprawdę może wzruszyć i rozczulić, zwłaszcza kiedy człowiek uświadomi sobie, że w niektórych tego brakuje. Brakuje tego rodzinnego ciepła, wzajemnego zrozumienia, wsparcia i miłości. Zamiast tego pojawia się chora rywalizacja, nieporozumienia, kłótnie i niezgoda. Jeszcze smutniejsze jest to, że niektóre dzieci w ogóle tego nie zaznają lub zaznały bardzo krótko. Kiedy o tym pomyśle jest mi smutno ale nic nie mogę zrobić.... ale ciepło w tej książce rozczula, wzrusza.... przynajmniej mnie (ale ja potrafiłam rozkleić się na filmie przyrdoniczym, więc może nie jestem najlepszym przykładem).

  Tak ta rodzina jest wyidealizowana, "wypolerowana" i "malowana jaka ta lala".
  Zdaje sobie sprawę z tego, że w rzeczywistości takich rodzin nie ma - przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
  Ale czy nie można z takiej rodziny czerpać przykładu? Wiadomo w każdej rodzinie dochodzi do spięć i nieporozumień, ale jednocześnie każda rodzina i każdy kto do niej należy ma swoje problemy. Ta książka to pokazuje. Pokazuje, objaśnia.

  Nierealna rodzina?

A co gdyby zacząć czerpać z niej przykład? 

  Może nie dosłownie i tak samo jak zostało to opisane, ale w części.
  Inspirować się, pomyśleć...
  Bo to rodzina, która się wzajemnie kocha, wspiera i szanuje. Taka, która zawsze stoi za sobą murem.
  Jedynie ilustracje w tej książce nie przypadły mi do gustu. To nie mój styl, chociaż i one mają swój klimat i urok ;)

Tytuł: 8+2 i promenada babci | Autor: Anne-Cath. Vestly | Ilustracje: Marianna Oklejak | Tłumaczenie: Milena Skoczko | Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2018 | Liczba stron: 184 | Okładka: twarda

Od dawna nie jem pieczywa, ponieważ nie mam ochoty. Jednak ostatnio ochota mi wróciła, stąd też dzisiejszy wypiek. Tureckie bajgle smit w wersji pełnoziarnistej. Pytałam o przepis na blogu i chcieliście aby się tutaj pojawił. Już jest :)

Składniki (4 sztuki)
200g mąki pszennej pełnoziarnistej.
50g mąki pszennej 650
8g świeżych drożdży
3/4-1 szklanka ciepłej wody
szczypta soli

dodatkowo:
1/4 szklanki wody
1 płaska łyżeczka melasy lub miodu
sezam

 Drożdże rozpuszczamy w niewielkiej ilości wody z mąką (masa powinna mieć konsystencję gęstej śmietany) i odstawiamy do wyrośnięcia. Następnie dodajemy resztę mąki oraz sól. Stopniowo wlewając wodę zaczynamy wyrabiać gładkie, miękkie i elastyczne ciasto przez co najmniej 15 minut (ciasto nie może być twarde - powinno jedynie delikatnie lepić się do dłoni/przy pomocy miksera z hakiem wyrabiamy 10 minut).
Ciasto przekładamy do naoliwionej miski, przykrywany ściereczką i zostawiamy na 1,5-2 godziny aż podwoi swoją objętość.

Po tym czasie wykładamy je na lekko oprószoną mąką stolnicę i dzielimy na 4 równe części. Z każdej formujemy kule, przykrywamy a następnie pozostawiamy na 15-30 minut by ciasto odpoczęło.
Wówczas z każdej części formujemy wałek o długości ok. 35 cm, składamy go na pół a wałeczki zawijamy na przemiennie (KLIK) i sklejamy na końcach formując okrąg. Następnie każdy zanurzamy w mieszance wody z melasą/cukrem, lekko odsączamy nad misą, obtaczamy w sezamie i układamy na natłuszczonej blaszce do pieczenia. Tak przygotowane bajgle zostawiamy pod przykryciem do podrośnięcia na ok. 30 minut.

W tym czasie piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni (grzanie góra-dół bez termoobiegu).
Wstawiamy blachę jednocześnie spryskując wnętrze piekarnika wodą (nie spryskujemy grzałki i żarówki) lub wstawiamy na dno żaroodporne naczynie z wodą.
Pieczemy 25-30 minut do zrumienienia.
Bajgle najlepiej smakują w dniu wypieku, ale z powodzeniem mmożna zjeść je i następnego dnia.
Smacznego!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny
tekst alternatywny
Codziennie od 1 do 24 grudnia na blogu zostanie opublikowany adres innego bloga, który polecam. Kolejność publikacji jest przypadkowa - nie ma lepszych i gorszych. Jeśli jesteście ciekawi, kliknijcie na powyższe logo ;)