.

Wpisy z tagiem: burger

czwartek, 09 sierpnia 2018

Sloppy Joe (Niechlujny Joe) to smażona wołowina z cebulą i przyprawami (wszystkimi jakie znajdziecie w kuchni) w sosie pomidorowym podawana w bułce hamburgerowej (istnieją również wersje z dodatkiem czerwonej papryki). Swoją nazwę zawdzięcza temu, że trudno ją zjeść bez upaćkania się kapiącym z niego sosem - podobno nie ma możliwości aby nie ubrudzić się tym sandwichem ;) Mimo iż pochodzi z USA jest znana w różnych częściach świata pod innymi nazwami.

Istnieje kilka wersji tej kanapki w wersji wegetariańskiej/wegańskiej: z tofu, zieloną soczewicą, soczewicą i pieczarkami, samymi pieczarkami... Dzisiaj chciałabym zaprezentować Wam moją własną: miszmasz tego co znalazłam w lodówce z dodatkiem pasty orzechowej. Swoją drogą w moim wydaniu ta kanapka powinna nazywać się "resztkowy" Sloppy Joe :)

Składniki
1 mała cebula
ew. 1 ząbek czosnku
ok. 150g pieczarek
kawałek czerwonej papryki pokrojonej w kostkę
1 średnia marchew
1 mała pietruszka
kawałek selera korzeniowego (jeśli nie lubicie możecie pominąć)
garść świeżego szpinaku (opłukać)

1-2 łyżki koncentratu pomidorowego rozcieńczona z wodą do uzyskania konsystencji passaty
świeżo zmielony czarny pieprz
pieprz ziołowy
pieprz cayenne
wędzona papryka w proszku
masło orzechowe (u mnie Vivio)

Pieczarki myjemy, kroimy w kostkę i wrzucamy na patelnię podlaną odrobiną wody. Dusimy do czasu aż pieczarki zmniejszą swoją objętość, następnie odsączamy na sicie i przekładamy do miseczki.
Patelnię myjemy, osuszamy po czym rozgrzewamy olej i wrzucamy drobno posiekaną cebulę. Kiedy cebulka się zeszkli wrzucamy startą na tarce o dużych oczkach włoszczyznę oraz ew. przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku. Przesmażamy przez chwilę, następnie dorzucamy szpinak a kiedy zmniejszy swoja objętość podlewamy odrobiną wody. Dusimy al dente i do czasu aż woda wyparuje.
 Wówczas dorzucamy pieczarki, paprykę (lubię kiedy papryka jest mocno chrupiąca i w wersji surowej, jednak jeśli wolicie kiedy jest miękka dodajcie ją razem z marchewką) oraz koncentrat pomidorowy rozcieńczony z odrobiną wody. Jeśli macie możecie dodać również ugotowaną soczewicę
Doprawiamy do smaku i dusimy przez chwilkę aby smaki się przegryzły. Jeśli jest taka potrzeba dodajemy jeszcze trochę przypraw.

Bułki kroimy na pół i podpiekamy na suchej patelni, w opiekaczu do kanapek lub podgrzewamy w piekarniku. Obie połówki smarujemy masłem orzechowym, następnie na każdą nakładamy porcję warzyw. Jeśli chcemy możemy wyłożyć również ulubione dodatki np. ogórki konserwowe, buraczki z chrzanem lub paprykę. Podajemy z dodatkiem surówki.
Smacznego


  Mój pierwszy kontakt z twórczością Tomasza Samolika to opowiadania "Wilk Abaras", recenzja którego pojawiła się jakiś czas temu na blogu. Wiem, że w Jego dorobku znajdują się również komiksy traktujące o przyrodzie np. Ostatni żubr, czy seria o Ryjówce przeznaczenia, jednak do tej pory nie miałam okazji zaznajomić się z ich treścią... z treścią jakiegokolwiek komiksu stworzonego przez tego biologa. Do czasu...

  Ostatnio w moje ręce trafił komiks przeznaczony dla dzieci w wieku szkolnym (chociaż podobno dorośli również czerpią radość z jego czytania) pt "Bratnik Ignat i skarb puszczy" w którym mamy do czynienia z fantastyką historyczną i ekologią.... taka fabularyzowana opowieść historyczna z nutą fantastyki.

  Udajemy się w przeszłość do końca XVIII wieku. Po trzecim rozbiorze Polski, kiedy to kraj całkowicie zniknął z mapy świata. Za zasługi w walce Caryca Katarzyna II przekazuje część Puszczy Białowieskiej zwanej strażą kraśniczańską swojemu faworytowi generałowi Sobakiewiczowi (to prawda z tą różnicą, że generał naprawdę zwał się Piotrem Aleksandrowiczem Rumiancewem). Ten przypadkiem dowiaduje się, że w puszczy został ukryty skarb i aby się wzbogacić, postanawia jak najszybciej wyciąć las w pień - nie pozostawiając niczego. Bardzo szybko udaje mu się podporządkować okolicznych mieszkańców i zmusić ich do wycinki drzew.
  Jednak w sercu puszczy mieszka stareńki i szlachetny bartnik - Ignat, któremu na sercu leży dobro przyrody. Zaś na na jej skraju swój domek ma poeta, Franciszek Karpiński oraz jego wnuczka Łucja z którymi Ignat się przyjaźni. Razem wszelkimi siłami będą tego lasu bronić.
 
  "Bartnik Ignat i skarb puszczy" nie jest typowym, często bez sensowym komiksem. Nie jest również zwykłą przygodówką. Autor na jego planszach przemyca sporą dawkę wiedzy. Odsyła nas do czasów rozbiorów Polski i wydarzeń jakie wówczas miały miejsce a nawet nieco wcześniej. Aby przybliżyć historię puszczy mówi o okresie kiedy puszcza była rezerwatem łowieckim polskich królów i wielkich książąt litewskich i tylko oni mogli tam polować. Niepożądane osoby nie miały wstępu ta te tereny. Jedynie na mocy specjalnych przywilejów niektórzy ludzie mogli korzystać z królewskich bogactw.

  Jedynymi z takich ludzi byli bartnicy (pszczelarze), budnicy (ludzie, którzy zajmowali się wypalaniem węgla drzewnego) a także osocznicy (strzegli rezerwatu łowieckiego królów polskich i książąt litewskich). A to i tak nie wszyscy. Opowiada nam o zawodach i czynności, które przestały już istnieć lub popadają w zapomnienie, zwyczajach i tradycjach sprzed ponad 200 lat....
  Mówi o rozbiorach ale nie od strony idei a z perspektywy mieszkańców podbitej ziemi. Dba również o wymowę aby jak najlepiej zachować klimat przedstawianej opowieści "howory po swojomu

  Na końcu umieszcza rozbudowane przypisy, które przypominają hasła w ilustrowanej encyklopedii, jednak napisane w sposób lekki i ciekawy. Dowiemy się z nich miedzy innymi co to są łapcie, łuczywo czy sianożęcia.
  Można przeczytać je przed przystąpieniem do lektury komiksu (jako wprowadzenie do treści), jak i w kolejności, którą sugerują odsyłacze. W tym drugim przypadku może to stanowić problem fakt iż towarzyszy im sporo dodatkowych informacji,

  Jednak "Bartnik i skarb puszczy" nie jest komiksem, który w zamierzeniu miał pouczać, umoralniać i odtworzyć historyczne wydarzenia. To przede wszystkim opowieść obrazkowa dostarczająca rozrywki a poprzez zabawę - przy okazji - ucząca i zwracająca uwagę na piękno przyrody i istotę jej ochrony. Znajdziemy w nim wydarzenia prawdziwe oraz te zmyślone. Postacie historyczne jak i fikcyjne. Czarne i białe charaktery, których ścieżki najpierw przecinają się aż w końcu łączą ze sobą. Dochodzi do starcia, którego wynik może być zaskakujący.

  Autorowi udało się dokonać tego, czego wielu pisarzy nie potrafi. Połączyć ciekawą i wciągającą opowieść z faktami i ciekawostkami historycznymi oraz przyrodniczymi. To nie tylko historia znana wszystkim z podręczników i encyklopedii szkolnych, ale również ta miejscowa - lokalna najczęściej przekazywana z ust do ust. Taka, która powoli jest zapominana i zupełnie nieznana.
   Nie ma tutaj widocznego, drętwego i surowego dydaktyzmu. Samolik przekazuje wszystkie te fakty w tak lekki sposób, że czytelnik odczuwa prawdziwą radość z "obcowaniem" z tym komiksem. Tym samym doskonale wpisuje się w słowa "nauka przez zabawę"

  Pod względem wizualnym komiks mnie nie zachwycił. Kreska jest bardzo prosta i dość charakterystyczna ale czytelna. Taka typowo dziecina i... nie do końca w moim guście. To nie jest mój styl, ale może wynika to z faktu, że jako dziecko nie czytałam komiksów
  Mimo tego pod tym względem autorowi nie mam nic do zarzucenia, bo upodobania i opinie będą rożne. Kadry nie wpłynęły na to jak odebrałam treść komiksu. Nawet dostrzegam w nich pewne walory - zalety. Na uwagę zasługuje to, w jaki sposób autor gra szczegółami. Czasem autor aby podkreślić dramaturgię lub ważny aspekt danej sceny całkowicie rozmazuje tło tym samym wzmacniając pozostałe widoczne w danym kadrze elementy. Taka gra emocji za pomocą obrazu.

  Tak jak wspomniałam nie byłam dzieckiem czytającym komiksy. Mimo iż po strychu przewijały się stare komiksy brata ("Tytus, Romek i Atomek", "Kajtek i Koko"), swój wzrok i zainteresowanie zawsze kierowałam w stronę słowa pisanego. Nawet kiedy moja młodsza siostra kolekcjonowała "Kaczora Donalda" (nie wiem ile było w tym przyjemności z czytania a ile frajdy z zabawek), niechętnie po nie sięgałam.... czasem aby poczytać dla towarzystwa.
  Dopiero rok temu przekonałam się, że komiksy mogą być naprawdę dobre - mądre, z mądrą treścią i przesłaniem. "Bartnik i skarb puszczy" z pewnością do tych komiksów należy. Dostajemy tutaj opowieść ze świetnie napisaną fabułą (magia, tajemnica, przyjaźń...) w którą wplecione zostały fakty historyczne, przyrodnicze (takie jak historia Puszczy Białowieskiej), patriotyzm, słowiańską mistykę oraz ekologię. Bo książka przekazuje również ideę poszanowania przyrody.
  Czytelnik nie tylko miło spędzi czas ale również dowie się np. tego kim jest bartnik i jak wypalano węgiel drzewny. Bezapelacyjnie mądry komiks w każdym wieku z którego dowiedziałam się kilku interesujących faktów o których wcześniej nie słyszałam :)

Ocena: 5/6

Tytuł: Bartnik Ignat i skarb puszczy | Autor: Tomasz Samolik | Wydawnictwo: Centralka | Okładka: Twarda | Ilość stron: 116

poniedziałek, 14 maja 2018

Na sklepowych półkach można znaleźć wiele niewegańskich i wegańskich gotowców: kotletów, naleśników, pierogów, placków... Dla niektórych to wygodna opcja, kiedy nie mają czasu lub ochoty na przygotowanie ich samemu w domu, natomiast drudzy nie zwracają na nich uwagi. Nie kupuje gotowców. Przygotowanie własnych naleśników, czy kotletów nie jest skomplikowane i wymaga tyle czasu jak mogłoby się wydawać. Potrawy przygotowane przez nas samych nie tylko są zdrowsze ale również smakują lepiej. Lepiej przygotować więcej i pomrozić aby mieć na zapas niż potem głodować lub żywić się kiepskiej jakości gotowcami. Chociaż i te zjedzone od święta wielkiej krzywdy nam nie zrobią. Jednak ja chciałabym Wam pokazać, że przygotowanie wegańskich kotlecików nie jest skomplikowane, przy czym takie kotleciki mogą być na prawdę smaczne :)

Inspiracja
Składniki (ok. 12 kotlecików)
1-2 łyżki oleju
260g ugotowanej czerwonej fasolki lub puszka
500g pieczarek
2 cebule
1/2 pęczka natki pietruszki
1/3 szklanki prażonego sezamu
ew. 1-2 ząbki czosnku
łyżka mielonego siemienia lnianego
5 pełnych łyżek otrąb owsianych lub mąka do odpowiedniej konsystencji
ulubione przyprawy (pieprz czarny, ziołowy, cayenne i inne)

 Cebulę siekamy i przesmażamy na oleju. Gdy się zeszkli dodajemy wcześniej umyte, oczyszczone i drobno pokrojone pieczarki. Od razu solimy i dusimy aż pieczarki zmiękną, po czym odsączamy z nadmiaru wody, przekładamy do miski i studzimy.  Dodajemy odsączoną z zalewy fasolkę, posiekaną natkę pietruszki oraz ew. czosnek i blendujemy lub przepuszczamy przez maszynkę do mięsa.
 Sezam prażymy na suchej i rozgrzanej patelni po czym przekładamy do masy pieczarkowo-fasolowej. Doprawiamy do smaku, dodajemy mielone siemię lniane oraz otręby owsiane. Mieszamy (masa powinna wyraźnie zgęstnieć) i odstawiamy na ok. 30 minut.
 Kiedy masa odpocznie a otręby spęcznieją w dłoniach formujemy kotlety (moje były wielkości damskiej dłoni bez palców i lekko spłaszczone) lub burgery (wtedy będą idealnie pasować do bułki) i podsmażamy na małym ogniu z obu stron (zrobiłam to na tej samej patelni, na której przygotowałam pieczarki).

 Kotlety możemy również poukładać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i piec w temp. 200 stopni po 15 minut z każdej strony (wówczas do ciasta dodajemy jeszcze 2-3 łyżki oleju)

Książka o której dzisiaj opowiem zwróciła moją uwagę już jakiś czas temu. Chwytliwy i intrygujący tytuł, śliczna - klimatyczna okładka, która rzeczywiście na myśl przywołała mi stare pamiętniki do zobaczenia w muzeach a na końcu fragment znaleziony w internecie. To wszystko sprawiło, że od razu zaczęłam szukać jej w bibliotekach i księgarniach stacjonarnych.... Na próżno. Książki nie znalazłam, ale cały czas o niej pamiętałam - kilka razy w grupach czytelniczych wspomniałam o tej książce.
 Życie jednak lubi zaskakiwać i to nie koniecznie negatywnie. Pod koniec kwietnia książkę trzymałam w rękach a to wszystko dzięki uprzejmości wydawnictwa Skrzat, które zaproponowało, że książkę mi wyśle. To tylko i wyłącznie dzięki Pani Ewelinie miałam przyjemność najpierw powieść przeczytać a następnie zrecenzować ją na blogu. Serdecznie dziękuję :)

 Tajemnica sekretarzyka, czyli z Pamiętnika Poznanianki to fabularyzowana powieść historyczna w konwencji pamiętnikarskiej autorstwa Donaty Dominik-Stawickiej, która przenosi czytelnika do XIX-wiecznej Polski a dokładnie Poznania. Całą historię poznajemy oczami głównej bohaterki - Anny Miśkiewicz, która należy do wielkopolskiego rodu szlacheckiego. Jednak o tym za chwilę.
 Tak na prawdę akcja toczy się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza bardzo krótka i okraszona pięknymi zdjęciami (przedstawiają one zabytki), to czasy współczesne. W 2001 roku młoda kobieta Anna oddaje stary sekretarzyk z wizerunkiem Napoleona do odnowienia. Przedmiot ten w jej rodzinie od pokoleń był przekazywany najstarszej z córek. Pewnego dnia stolarz, który specjalizował się w renowacji mebli, odnalazł w nim skrytkę wypełnioną prawdziwymi skarbami. Anna z fascynacją przegląda rodzinne pamiątki ukryte w sekretarzyku od pokoleń. Wśród nich były dokumenty, jakiś rękopis, biżuteria a także pamiętnik Anny Miśkiewicz (1815-1905), która jest główną narratorką powieści. Dzięki jej zapiskom zarówno Anna jak i czytelnik mają możliwość poznać XIX stulecie, kiedy Poznań był Wielkim Księstwem Poznańskim - to druga płaszczyzna powieści.

 Z jednej strony oczami Anny widzimy współczesny Poznań - spacerujemy po mieście podziwiając miejsca i zabytki minionej epoki (co podkreślają umieszczone w książce zdjęcia). Z drugiej poznajemy tło obyczajowe XIX stulecia, wydarzenia a także postacie historyczne z nim związane. Uczestniczymy między innymi w otwarciu Biblioteki Raczyńskich a także w powstaniach: listopadowym, styczniowym a także Wiośnie Ludów. Słuchamy koncertu Paganiniego, widzimy Fryderyka Chopina, poznajemy Edwarda Raczyńskiego, Emilię Szczaniecką, Juliusza Słowackiego... Widzimy jak zmieniał się Poznań, jak wyglądało życie codzienne, kultywowanie tradycji, wystrój mieszkań, przygotowania do świąt... Dowiadujemy się jak wygląda nauka na poznańskiej pensji dla panien Tekli Herwigowej przy ulicy Wodnej, w męskim Gimnazjum św. Marii Magdaleny a także jak w tamtejszych czasach wyglądała propozycja ślubu jak i sam dzień ślubu...

 Czytamy o tym jak w XIX - wiecznym Poznaniu rozwijały się nowe kierunki medyczne. Jest mowa o chorobach, sposobie ich leczenia a także działalności doktora Karola Marcinkowskiego, który, ratował życie uczestnikom powstań a także odniósł wielkie zasługi w dziedzinie medycyny i higieny, organizacji szpitalnictwa. Był również nauczycielem, u którego Anna marząc o tym aby zostać lekarzem, zgłębiała tajniki medycyny. Niestety w tamtych czasach kobietom zabroniono uczyć się i studiować. Kobieta lekarz to był absurd - co najwyżej mogła zostać pielęgniarką. Mimo tego to właśnie tutaj po raz pierwszy kobieta została lekarzem. Od tego czasu zaczęto zwracać większą uwagę na dbanie o higienę osobistą, stosować wyjazdy do uzdrowisk a nawet używać pierwszych szczoteczek do zębów.

 Nie brakuje również przeróżnych perypetii a także mniejszych i większych skandali w których Anna brała udział. Jednym z nich jest wcześniej wspomniany pomysł na pobieranie lekcji medycyny u doktora Karola Marcinowskiego - Anna robiła to w przebraniu szarytki (podjęła się wówczas pracy w szpitalu miejskim dla ubogich) a także jej ucieczka z domu aby opiekować się rannymi podczas powstania listopadowego. Anna nie zgadzała się ze wszystkimi "wymogami" epoki i swojej warstwy społecznej. Nie bała się wyłamać poza ustalone z góry normy. Miała swoje priorytety, postawione cele, które starała się realizować.

 Jak to bywa w powieściach historycznych, powieść łączy w sobie fakty z fikcją literacką, jednak nie ma w tym nic złego - ten duet sprawia, że całość czyta się na prawdę bardzo dobrze a co najważniejsze zostaje ukazana historia. Dzięki formie pamiętnika dodatkowo mamy możliwość zobaczyć jaki wpływ na Annę miały kolejne wydarzenia z jej życia  - to jak zmieniało się jej wnętrze i ona sama. Mamy czas na własną chwilę refleksji i zadumy, jednocześnie nie odczuwając znużenia.

 Powieść mimo iż strasznie krótka a czasem zbyt ogólnikowa, stanowi ciekawą i wciągającą lekturę. Autorka umiejętnie - w piękny i nostalgiczny sposób oddała klimat i realia IIX wiecznej Polski i to nie tylko za sprawą treści, ale również zamieszczonych w niej zdjęć. Nie są to przypadkowe zdjęcia - wszystkie pochodzą z rodzinnego albumu pisarki a wspomniane w książce pamiątki rodzinne autorka odziedziczyła po przodkach. Dodatkowo można tutaj znaleźć drzewa genealogiczna a także indeks postaci historycznych.
Zdecydowanie warto przeczytać.
 .

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Witam się z Wami w jeszcze kwietniowy słoneczny poranek. Jak Wasze nastroje? Humorki dopisują, wyspaliście się w nocy, zaplanowaliście majówkę?
Ja o majówce nie myślałam i nie myślę. Zbyt wiele się dzieje - co innego mam na głowie. Ten weekend będzie jak każdy inny z tą różnicą, że dłuższy. Jeśli będę w stanie się skupić najprawdopodobniej spędzę go z nosem w książkach i rozmyślaniu... ale nie powiem o czym.
A jeśli już o książkach mowa...  Chyba zanudzę Was recenzjami, które na blogu pojawiają się bardzo często. Jednak co poradzić jeśli co rusz pojawia się lub kiedyś pojawiły się pozycje godne polecenia i tego aby zwrócić na nie uwagę?
Jeśli nie jesteście ciekawi, możecie nie czytać - nie obrażę się. Nie będę Was do niczego zmuszać. Być może część z Was zagląda tu tylko i wyłącznie ze względu na przepisy. Dzisiaj znalazło się miejsce również na część kulinarną.
A może przeczytacie wpis w całości? Będzie mi miło :)Publikując przepis na ciecierzycę ze szpinakiem i pieczarkami wspominałam, że podam przykład na wykorzystanie tej "potrawki". Dotrzymuję słowa i zapraszam na banalną w przygotowaniu pitę zapiekaną z tą potrawką. Wiem, że nie jest to danie na miano Master Chefa, ale smaczne. Jeśli nie macie chlebków pita, możecie wykorzystać tortille, omlet, naleśniki lub zwykłą bułkę, którą wypełnicie tym farszem (po wyjęciu miąższu)

Składniki:
chlebek pita (u mnie domowy - postaram się o przepis)
ciecierzyca ze szpinakiem i pieczarkami

Chlebek pita kroimy. Środek ewentualnie smarujemy jakimś sosem, wypełniamy ciecierzycą ze szpinakiem i podpiekamy w opiekaczu lub piekarniku. Podajemy z surówkami
Smacznego


 Od najmłodszych lat kocham książki i nie wyobrażam sobie aby mogło ich w moim życiu zabraknąć. Z czasem bardzo polubiłam pisać o książkach dlatego poszerzyłam blog o kącik książkowy. Zaczęłam zasypywać Was kolejnymi opisami książek, jednocześnie pamiętając, że jest to również blog kulinarny. Nie będę owijać w bawełnę - pojawi się tutaj jeszcze nie jedna książka ale przeplatana lub w połączeniu z przepisem, tak by zarówno książkocholik jak i osoba poszukująca inspiracji kulinarnych znalazła coś dla siebie.

 Dzisiejsza książka jest nietypowa. Z jednej strony słownik, z drugiej nie koniecznie, bowiem słów w niej umieszczonych najprawdopodobniej ciężko szukać w słowniku i być może nie wszystkie wyświetlą się Wam w "wujku google", kiedy będziecie chcieli wyszukać je w internecie.
 Słowa te są ulotne i nietypowe a zarazem niezwykłe, "wyjątkowe", choć mogą wydać się również i "dziwaczne".  A zetknąć się z nimi można najczęściej osobiście, usłyszawszy gdzieś przelotem.

 Potraficie jednym słowem nazwać czas spędzony z rodziną lub przyjaciółmi przy jednym stole, ten czas radości ze wspólnego celebrowania posiłku, chwili i więzi, która Was łączy?
 Wiecie jak nazwać światło słoneczne przenikające przez liście drzew w ogrodach, parkach, sadach i lasach lub jak powiedzieć na wiatr hulający między drzewami?
 A może zastanawialiście się jak kulturalniej określić nieudolny, lecz radosny taniec lub chęć do potajemnego zaglądania przez okna cudzych domów? Inaczej niż "pokraczny", "ślamazarny" bądź też "podglądacz".
 Wiedzieliście, że istnieje określenie na kupowanie książek i nieczytanie ich - takie gromadzenie na półkach, szafkach nocnych lub podłodze? I to nie jest "kleptomiania". Można nazwać nawet skakanie po kałużach, osobę "bujającą w chmurach" (i nie jest to marzyciel) a także wyjaśnić znaczenie "tam gdzie rosną poziomki". To wszystko przy użyciu tylko jednego słowa - wyjątkowego słowa.

 „Innymi słowy. Niezwykłe słowa z różnych stron świata” to barwnie ilustrowany zbiór słów z różnych zakątków ziemi. Tak jak wspominałam: z jednej strony słownik a z drugiej nie koniecznie. Powstała z miłości autorki do słów a także jej ciekawości do poszukiwania nazw na coś co znamy, ale ciężko określić je słowami np. tęsknota za kimś lub za czymś ukochanym, lecz utraconym. Yee-Lum Mak postanowiła je wszystkie odszukać a swoje spostrzeżenia zapisać.

 Dzięki tej książce poznamy wyjątkowe słowa których brakuje nam do określenia rzeczy pięknych, niezwykłych, niespodziewanych, ulotnych, czasem dziwnych i wieloznacznych. Tych wszystkich na które być może najczęściej nie zwracamy szczególnej uwagi, ale które są nieodłączną częścią naszego życia. A to wszystko w lekki i przyjemny sposób. Nie są to drętwe definicje ze słownika języka polskiego a ciekawa opowieść - podróż do świata słów i do krajów świata.

  Z zainteresowaniem i uważnie czytałam kolejne słowa, czasem łamiąc sobie język aby je wymówić i zastanawiając się, czy poprawnie je wymówiłam. Niestety Michał Rusinek, który współpracując z czteroletnim synem, Kubą (czyżby konsultacja? ^_^) przygotował przekład tekstu, nie umieścił ani transkrypcji jak poprawnie wymówić dane słowa, ani informacji, czy ich zapis jest właśnie poprawną wymową. Ponadto tych słów mogłoby być nieco więcej - 64 pozostawia lekki niedosyt. Nie wydaje mi się aby była to książka, która obowiązkowo musi znaleźć się w domowej biblioteczce, ale jest całkiem miłym dodatkiem.
 Jakby nie było książeczka jest również ciekawa a do tego pięknie zilustrowana. Według mnie to ciekawy prezent dla wielbicieli odkrywania nowych wyrazów i ich znaczeń a także miłośników i kolekcjonerów niezwykłych słów i nie tylko. Wszyscy Ci, którzy lubią trochę "poszpanować" nowym słownictwem również powinni być zadowoleni.

Więcej informacji o książce na: EGMONT.pl

 
 Z zainteresowaniem i ciekawością sięgam po klasykę i literaturę dziecięcą między innymi ze względu na ich przesłanie. Wiele takich publikacji jest nie tylko piękna swoją treścią ale również uczy i skłania do refleksji również dorosłego. Do książki "Hortensja i cień" Natalii O'Hara podeszłam z zainteresowaniem.

 O czym jest książka?
Hortensja jest odważna, miła uprzejma i życzliwa a wszystkie zwierzęta w dzikim lesie to jej przyjaciele. Powinna być szczęśliwa, jednak nie może zaznać pełni szczęścia. Jej cień ciągle się czai za nią i rośnie z każdą minutą. Hortensja postanawia się go pozbyć. Ale później, kiedy znajduje się sama w lesie, odkrywa, że bez cienia wydaje się dużo mniejsza i nie może sobie ze wszystkim sama poradzić…

 Opowieść jest bardzo krótka - liczy zaledwie 32 strony w czym dużą i znaczącą część zajmują ilustracje. Wydawać by się mogło, że prosta i banalna, jednak tak na prawdę mądra i z przesłaniem. Mówi o dziecięcych lękach i obawach - tym, że niektóre dzieci boją się tego co dla nas dorosłych wydaje się oczywiste i naturalne. One nie zawsze to rozumieją i na swój sposób starają się zwalczyć, pokonać, przeciwstawić się...
 Z drugiej strony pokazuje, że to co na pierwszy rzut oka wydaje się przerażające z perspektywy czasu okazuje się nie takie straszne jak to widzimy - jak widzi to dziecko. Mało tego - najczęściej okazuje się to przyjazne, pomocne, całkiem normalne... To książka o radzeniu sobie ze swoimi lękami i oswajaniu się z nimi.

ilustracje pochodzą ze strony autorki 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny