.

Wpisy z tagiem: burger

wtorek, 11 lipca 2017

W sumie nie wiem jak nazwać tę kanapkę i czy może ona nosić miano "burgera" To był taki lunch na szybko z wykorzystania resztek z lodówki i zamrażarki w której znalazłam domowe pieczywo. Kanapkę podałam w towarzystwie surówki ze świeżych warzyw. Wyszło szybko, smacznie i prosto :)

Składniki
kawałek lasagne z selera (KLIK KLIK KLIK KLIK)
bułka
sałata plus inne warzywa

Wersja pierwsza:
Bułkę kroimy na pół. Każdą połówkę podpiekamy na suchej i mocno rozgrzanej patelni, w opiekaczu do kanapek lub w piekarniku (najlepiej sprawdza się piekarnik). Na podpieczone spody bułek układamy sałatę, następnie podgrzany kawałek warzywnej zapiekanki i ulubiona warzywa. Przykrywamy drugą przypieczoną połówką bułki, ewentualnie wbijamy patyczek do szaszłyków aby łatwiej było jeść i zjadamy ze smakiem.

Wersja druga:
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Bułkę kroimy na pół, umieszczamy na blaszce lub kratce i lekko podgrzewamy (bułka ma się zagrzać). Następnie wyjmujemy bułkę z piekarnika, na ciepłym spodzie układamy kawałek wcześniej podgrzanej warzywnej zapiekanki i przykrywamy górą bułki. Całość podpiekamy przez ok. 3-5 minut aż bułka stanie się chrupiąca. Kanapkę wyjmujemy z piekarnika, do środka wkładamy sałatę, świeże warzywa i zamykamy.


Lato.... kwitną kwiaty, słońce uśmiecha się do nas z nieba. A ja? Nadal robię to co lubię: spaceruję, jeżdżę rowerem, spędzam czas na świeżym powietrzu i czytam. Wybór lektur jest różny. Jedne są lżejsze a inne cięższe - wszystko zależy od tego na co mam ochotę. Jednocześnie pamiętam o swoim postanowieniu i powrocie do książek a także lektur szkolnych sprzed lat.
Czytam w różnych miejscach: w domu, na balkonie a czasem w ogrodzie. W tym ostatnim miejscu jest mi najtrudniej, gdyż rozprasza mnie przepiękny śpiew ptaków, ptaszek, który usiadł koło mnie na brzegu ławki, mama, która krzątając się po ogródku i pielęgnując go co do mnie powie. Uwielbiam ten ogród - moja mama również. Każdego roku, każdej wiosny i każdego lata jest inny, przepiękny - jeśli nie coraz piękniejszy. Jest w nim coś wyjątkowego i magicznego - ten klimat, nastrój... Prawdziwa magia. 



A jeśli już mowa o ogrodach, magii i tajemnicy... w ramach powrotu do klasyki literatury, postanowiłam sięgnąć po lekką lekturę w tym klimacie a mianowicie "Tajemniczy ogród" autorstwa brytyjskiej pisarki Frances Hodgson Burnett. Nie była to jedna z moich lektur szkolnych.  Jej treść znałam - z filmu, który co jakiś czas emitowali w telewizji a także samej książki, którą przeczytałam raz w życiu. Jednak było dość dawno, dlatego korzystając z wakacji i uroków "maminego" ogrodu postanowiłam odświeżyć jej treść. Chyba nie ma lepszego miejsca na czytanie niż łono natury - przyroda, śpiew ptaków, szum listków, książka i ja.... nic więcej. I chociaż czasem ciężko jest się skupić, bo to ptaszek zaśpiewa, to osa przeleci koło nosa lub inny owad usiądzie na ramieniu, to takie miejsce odpręża i relaksuje.

Nie będę streszczać książki. Wydaje mi się fabułę, przynajmniej w ogólnym zarysie, zna niemal każdy - jeśli nie z książki to tak jak ja z ekranizacji. Nie miało by to sensu. To dość lekka lektura, która nie wymaga większego skupienia - w sam raz na leniwe popołudnie, kiedy chcemy odpocząć. Książka należy do literatury klasyki dziecięcej w związku z czym można w niej znaleźć ukryte prawdy i naukę, które każdy sam musi odkryć :)
Egzemplarz, który czytałam ukazał się w ramach serii Kolorowa Klaska wyd. GREG. Już wcześniej wspominałam, że książki z tej zostały wydane z dbałością o każdy szczegół. Twarda bądź miękka kolorowa okładka i dobrej jakości papier zszywany białymi nićmi - to daje pewność, że książka przetrwa lata i nie rozleci się po pierwszym bądź drugim przeczytaniu. Dodatkowo mamy wyraźną czcionkę, która ułatwia czytanie a całość zdobią barwne ilustracje Zuzanny Orlińskiej. Tutaj szczerze przyznam, że trafiły się dwie (były rysunki postaci), które nie przypadły mi do gustu, jednak pozostałe prezentują się bardzo dobrze. Wszystkie w moim odczuciu sprawiają wrażenie jakby były rysowane ołówkową kredką. Nie są przekoloryzowane i przesycone kształtami, dzięki czemu nie rażą a cieszą oko. W takiej formie przyjemnie czyta się tę powieść a sama książka będzie ładnie prezentować się na półce. Według mnie to dobry egzemplarz dla młodszej siostry lub kuzynki, aby zachęcić ją do czytania - jednak po ładnie wydane książki sięga się częściej ^_^


najładniejsza :)
Na koniec mam dla Was małą ciekawostkę. Kiedy rozpoczynam "przygodę" z książką wcześniej lubię dowiedzieć się o niej czegoś więcej: kiedy dana powieść powstała, co było inspiracją do jej powstania itp. Buszując trochę po internecie w poszukiwaniu informacji o "Tajemniczym Ogrodzie", znalazłam wpisy mówiące o różnicach pojawiających się w polskim tłumaczeniu tej powieści. Co ciekawe pojawiających w książkach w których wykorzystano przekład tego samego tłumacza, tylko spod innego wydawnictwa (w skrócie - ten sam przekład ale inne wydawnictwo). Nie mam tutaj na myśli korekt stylistycznych, ale postać pewnego małego, skrzydlatego bohatera. W oryginale (niestety nie w tym wydaniu) jest to rudzik (robin - rudzik), natomiast w wielu poprzednich wydaniach (np. w przekładzie Jadwigi Włodarkiewiczowej i niektórych innych polskich opracowaniach) został on przekształcony w gila. Powrót do pierwotnej, zgodnej z oryginałem wersji zawdzięczamy współczesnej korekcie. Szkoda, że w tej książce o to nie zadbano  - osobiście wolę czytać książki jak najbardziej zgodne z oryginałem, chociaż i gil ma swój urok :)
Rudzik :) zdjęcie z internetu

środa, 18 stycznia 2017

Dzisiaj mam dla Was przepis na szybkie i proste w przygotowaniu kotleciki z czerwonej soczewicy, które bardzo często przygotowuję w domu. Bazą jest przepis na wegański pasztet z czerwonej soczewicy, który kiedyś opublikowałam na blogu. Kotleciki są uniwersalne - można podać z ziemniakami/kaszą i warzywami jako danie obiadowe lub włożyć do bułki i przygotować wegańskie burgery. To jak i z czym je zaserwujecie zależy tylko i wyłącznie od Was :)

Składniki:
150g czerwonej soczewicy
1 cebula
1 mała marchew
1 średnia pietruszka
ok łyżki koncentratu pomidorowego lub więcej
pieprz czarny i ziołowy
pierz cayenne
1 łyżka mielonego siemienia lnianego

Soczewicę opłukujemy na sicie pod bieżącą, zimną wodą a następnie gotujemy na sypko zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Ważne aby dokładnie odparować soczewicę tak by nie było w niej wody!
W tym czasie przesmażamy na złoto drobną posiekaną cebulę. Kiedy się zeszkli dodajemy starte warzywa, przesmażamy przez chwilkę po czym podlewamy wodą i dusimy tak by warzywa były al dante. Woda dokładnie musi odparować - w razie potrzeby odlewamy płyn a warzywa jeszcze "podsuszamy" na suchej patelni aby pozbyć się płynu.
Warzywa dodajemy do jeszcze ciepłej soczewicy i mieszamy. Dodajemy koncentrat, doprawiamy do smaku, mieszamy. Dodajemy siemię lniane, jeszcze raz mieszamy.

Z lekko ciepłej masy, zwilżonymi dłońmi formujemy zwarte kotleciki, które ew. obtaczamy w sezamie i układamy na desce do krojenia wyłożonej formą aluminiową. Kotleciki ostawiamy do lodówki na ok. 30 minut aby masa stężała. Przekładamy na natłuszczoną blachę. Pieczemy w 180 stopniach przez ok. 30-35 minut, przewracając kotleciki na drugą stronę po upływie ok. 15-20 minut.

UWAGI
Bardzo ważne jest aby w trakcie gotowania soczewicy dokładnie odparować wodę. Soczewica NIE MOŻE być wodnista. Lepiej wlać mniej wody a potem ewentualnie ją dolewać.
Płyn musi być również odparowany z warzyw - warzywa nie mogą być wilgotne.
Formując kotleciki może się Wam wydać, że masa jest za rzadka, jednak po czasie spędzonym w lodówce masa stężeje.


poniedziałek, 19 września 2016


Skład: namoczona ciecierzyca*(70%), cebula*(12%), pietruszka*(9%), woda, olej słonecznikowy*, sól morska, czosnek*, kminek*,substancje zagęszczające:guma ksantanowa i guma guar, kwas: kwas mlekowy, kwas cytrynowy (*certyfikowany składnik ekologiczny)
INFORMACJA ALERGENNA: Produkt zawiera kminek.
Opakowanie: 240g/12 falafeli

Wartość odżywcza w 100g:
Tłuszcz 13,15g w tym kw. nas. 1,6g Węglowodany 23,7g w tym cukry 0,7g Białko 8,2g Sól 0,13g

Opinia: Po nieudanym falafel od Polsoji, który kompletnie nie przypadł mi do gustu a przy tym i uczulił z ciekawością podeszłam do testu tego od Florentin. Na plastikowej tacce znajdziemy 12 kulek falafeli zapakowanych hermetycznie. Niestety ich skład nie jest idealny - oprócz podstawowych produktów z których przygotowuje się falafel (ciecierzycy oraz przypraw) znajdziemy w nim zbędne substancje zagęszczające (w dużych ilościach mogą wywołać dolegliwości pokarmowe) a także kwas mlekowy oraz cytrynowy.... nie ładnie.

W przeźroczystym opakowaniu na tacce znajdziemy 12 kulek wielkości orzecha włoskiego. Po jego otworzeniu doszedł do mnie zapach kminku, przesmażonej cebulki i bardzo delikatnie czosnku (tak w tle) - podczas obróbki termicznej owy zapach narasta na sile. Całość zielono-żółtawa tak jakby za sprawą kurkumy, jednak tej nie znalazłam w składzie.
Falafele są dość tłuste - zostawiają po sobie warstwę oleju na palcach, dlatego bez obaw można wrzucić je na suchą patelnię i podsmażyć.
Już na pierwszy rzut oka można zauważyć, że nie są idealnie gładkie - w ich strukturze wyraźnie widać nie tylko przyprawy (dostrzegłam drobno posiekaną natkę pietruszki) ale również kawałki i skórki z ciecierzycy. Po przekrojeniu kawałki ciecierzycy są jeszcze bardziej widoczne, natomiast falafele okazały się "ziarniste", sypkie i zaczęły się kruszyć. Osobiście ani trochę mi to nie przeszkadzało, ponieważ nie przepadam za mazistą konsystencją.

Falafele jadłam w wersji na zimno oraz po usmażeniu i w obu wersjach smakują dobrze, jednak dla mnie w tej pierwszej lepiej. Podczas obróbki termicznej ich zapach narasta na sile a w nos uderza wachlarz użytych przypraw. W smaku przede wszystkim czuć przyprawy kuchni indyjskiej (mieszankę curry) a w szczególności kmin, jednak patrząc na skład da się zauważyć, że jedyną z tych przypraw jest kmin. Dodatkowo poczułam delikatną słodycz jakby z kurkumy (nie ma jej w składzie) i kwaśną nutę w tle (najprawdopodobniej od kwasu cytrynowego). Na ciepło smak przypraw podobnie jak i aromat staje się bardziej wyrazisty, jak dla mnie zdecydowanie za bardzo, dlatego bardziej mi smakowały na zimno. Po podsmażeniu zyskują chrupiącą skórkę i jeszcze bardziej się kruszą.

Całość delikatnie słona i bardzo łagodna - nic nie pali i nie piecze a nawet jest trochę mdło. Właśnie przez ową mdłość i zbyt intensywny smak kuminu nie zdobyły mojego serca i kubków smakowych... ale też po ich zjedzeniu nie zbierało mi się na wymioty. Szału nie ma - po prostu mogą być. Na pewno są smaczniejsze od tych z Posloji, które były dla mnie niezjadliwe. Po ich degustacji utwierdziłam się w przekonaniu, że nie zostanę fanką kuchni indyjskiej i orientalnych przypraw - gdybym sama robiła falafel to doprawiłabym go tylko przesmażoną cebulką, pieprzem, natką pietruszki i ew. czarnym pieprzem... ale czy wtedy to ciągle byłyby falafel, czy zwykłe kotleciki z ciecierzycy?

Wartość energetyczna w 100g - 241 kcal
Ocena - lekko naciągane 3/6
Cena - Biogo.pl (15,17zł)

 
1 , 2 , 3

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl



nazwa alternatywna

nazwa alternatywna

Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi