.

Wpisy z tagiem: zupa

środa, 02 maja 2018

Dzień dobry
Witam się z Wami w majowy, słoneczny poranek. Z jednej strony radość, bo przecież wiosna a za oknem piękna pogoda a z drugiej zniesmaczenie - znikają zdjęcia z bloga. Chyba nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z tym faktem :( Jednak mam nadzieję, ze stali czytelnicy bloga pozostaniecie i być może Ktoś nowy tutaj zajrzy.

  Zdjęcia okładki tej książki w wersji angielskiej widziałam już rok temu. Spodobała mi się ona na tyle, że sama książka wzbudziła moją ciekawość. Kiedy niedawno dowiedziałam się o jej polskim wydaniu, postanowiłam tę książkę przeczytać. W Polsce jest to nowość. A czy okaże się bestsellerem na skalę światową? Tego jeszcze nie wiem - czas pokaże.
  Niedźwiedź i słowik a w oryginale The Bear and the Nightingale to powieść Katherine Alen osadzona w czasach Słowian i ich wierzeń. Teraz już pewnie wiecie, dlaczego wzbudziła moje zainteresowanie - mitologia, to co było kiedyś, czyli mnie interesuje. 

  Fabuła nie jest skomplikowana. W Rusi na skrajach pustkowia, gdzie zima trwa większą część roku była sobie niegdyś wieś. Tam wraz z rodziną żyje Wasilisa - dziewczyna, która podczas długich siarczystych wieczorów siada z rodzeństwem przy piecu i słucha bajek, które opowiada im stara niania. Wasia uwielbia te historie a w szczególności bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, jednocześnie szanują duchy chroniące ich domostw przed złem. W każdą niedzielę chodzą do cerkwi i zapalają świece dla Jedynego Boga, w domach wieszają znaki mające chronić przez złem a wieczorami zostawiają okruszki chleba domowemu duszkowi, by mógł się nimi posilić i chronić mieszkańców przed nieprzyjacielem.
  Jednak tylko Wasilisa widzi te wszystkie słowiańskie duszki -  domowe i leśne. Rozmawia z nimi, a z niektórymi zaprzyjaźnia. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy do wioski przybywa ktoś kto, kto tylko nową wiarę uważa za "właściwą". Wszystko co jest związaną z lokalnymi przesłaniami i rodzimą tradycją kultywowaną od pokoleń uważa za "zło wcielone" - wytwór szatana, które trzeba zniszczyć. Wprowadzane zmiany mają swoje konsekwencje. Na wioskę zaczyna spadać coraz więcej nieszczęść. Z lasu wyłania się zło, które podkrada się coraz bliżej.......

"Na Mroza, demona zimy, mówiono czasem Morozko, jednak dawno temu ludzie nazywali go Karachun, bóg śmierci. Był królem najostrzejszej zimy, samego jej środka, przychodził po niegrzeczne dzieci i sprawiał, że zamarzały nocą. To było złowróżbne imię, nie należało wypowiadać go głośno, zwłaszcza gdy Mróz trzymał jeszcze ziemię w swym uścisku. Marina mocno przytulała synka, a on wiercił się i ciągnął ją za warkocz. – Dobrze – powiedziała Dunia po chwili wahania. – Opowiem wam o Morozce, o jego dobroci i okrucieństwie."

  Narracja jest trzecioosobowa. W każdym z rozdziałów śledzimy wydarzenia z życia wielu bohaterów a wprowadzenie do głównego wątku powieści jakim jest walka pomiędzy starymi a nowymi wierzeniami według mnie zbyt długie i rozciągnięte. Niejednokrotnie czułam lekkie znużenie i zmęczenie - chciałam aby coś w końcu się zadziało.
 Mimo tego autorka umiejętnie połączyła świat ludzi z pradawną wiarą i tajemniczymi istotami zamieszkującymi lasy, jeziora i domowe zakamarki. Można poczuć charakterystyczny słowiański klimat, mimo iż w książce nie znajdziecie opisów obrzędów.
 Jest rosyjska kultura, nawiązanie do lokalnych baśni i zetknięcie się ze sobą dwóch wiar - starej, rodzimej oraz nowej, która dopiero wkracza na tereny świata. Co więcej na Rosji po dzień dzisiejszy taka mieszanina wciąż jest obecna i spotykana (wystarczy obejrzeć Kossakowskiego), więc to nie jest tylko i wyłącznie fantazja.

"Krew to jedno. Dar widzenia drugie. Ale odwaga... Ta jest najrzadsza, Wasiliso Pietrowno."

  Podczas lektury oprócz pojawiającego się uczucia zmęczenia, pojawiły się również zastrzeżenia. Wiadomo, że proces nawracania nie był niczym łatwym i przyjemnym, jednak nie do końca podoba mi się w jaki sposób zostaje to tutaj ukazane. Zachowanie postaci, która miała nową wiarę wprowadzać chwilami wydawało mi "niepoprawne". Zastraszanie, wzbudzanie w ludziach lęku przed Bogiem, przedstawianie go nie jako miłościwego i kochającego Ojca a srogiego, surowego i wymierzającego kary, oddawanie czci ikonom nie Bogu, opinia, że można poświęcić czyjeś życie jeśli służy to wyższej sprawie... Taka ambicja, zaślepienie własną misją i wiarą, którą słyszał na co dzień i to za wszelką cenę, nawet jeśli nie pochodzi to od i nie wróży nic dobrego. Aż w końcu gdzieś zatraca siebie...
Ciężko nazwać to chrześcijańskim. A może to tylko moje odczucie?

"- Sam sobie wyznaczyłeś to zadanie, służy twojej własnej dumie. Dlaczego właśni ty miałbyś głosić, czego pragnie Bóg? Ludzie nigdy by cie tak nie czcili, gdybyś nie wzbudzał w nich strachu"

  A być może jest w tym ziarenko prawdy. Z historii wiemy, że okres ten burzliwy. Być może podejmowano się właśnie takich kroków - zastraszania. Poza tym jesteśmy tylko ludźmi. Mamy swoje mocne i słabe strony, wzloty i upadki. Nie zawsze postępujemy właściwie i czasem zbaczamy z właściwej ścieżki - błądzimy. Najważniejsze aby w końcu to zrozumieć i starać się na prawić popełnione błędy, czyny.

     "Daj mi czarownicę i zabierz swoją. Daj mi czarownicę, a będziesz wolny."

  Powieść można określić jako baśń dla starszych czytelników. Nie trudno tutaj znaleźć echa baśni z dzieciństwa a sama fabuła opiera się na jednej z rosyjskich baśni – tej o Morozko, czyli Dziadku Mrozie. Bardzo często można spotkać rosyjskie słownictwo, co najprawdopodobniej miało podkreślić fakt, że akcja dzieje się na Rusi, jednak zupełnie to nie wyszło. Ich spolszczenie uważam za karygodne i tak na prawdę odbierające klimatu i tej "rosyjskości"

     "Strach odważnych... Ten jest najlepszy."

  Ogólnie jest baśniowo i słowiańsko (sporo tutaj słowiańskch istot, które poznałam z Bestiariusza słowiańskiego) ale jednocześnie trochę monotonnie i nudno. Na dobrą sprawę nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Nie ma niespodziewanych zwrotów akcji, szokujących wydarzeń, uczucia niepewności, grozy.... Autorka stopniowo dawkuje klimat. Snuje opowieść, swego rodzaju baśń, która może stanowić wstęp do "głębszej" historii i czegoś więcej... W moim odczuciu jako osobny tom powieść nie wygląda najlepiej - wybitna z pewnością nie jest, taki przeciętniak.
 Nie pozostaje nic innego jak czekać na drugi tom, by zobaczyć jak historia się rozkręci i czy w ogóle się rozkręci. W tej chwili poczułam niedosyt i lekkie rozczarowanie.

Fragment powieści do przeczytania TUTAJ

Przepis jeszcze z okresu zimowego, ale jedno się nie zmieniło. Staram się w aby w mojej lodówce zawsze znajdowały się zarówno surowe jak i ugotowane warzywa a w zamrażarce strączki. Dzisiejsza potrawka to wariacja tego, co znalazłam w lodówce. Nie wiem jak ją nazwać. Zupa gołąbkowa? Gulasz? To taki lodówkowy miszmasz z wykorzystaniem między innymi kapusty, która została z przygotowywania gołąbków (wcześniej ją ugotowałam) :)

Składniki
pietruszka, pokrojona w kostkę
marchew, pokrojona w kostkę
kawałek selera, pokrojony w kostkę
ugotowana biała fasola
trochę ugotowanej białej kapusty*
kawałek cebuli
wegański gołąbek (u mnie z kaszą jaglaną, pieczarkami i zielonym groszkiem)
szklanka wrzątku+1-2łyżeczki koncentratu pomidorowego
przyprawy (u mnie zioła prowansalskie i chili)

*może być pokrojona pekińska

W garnku z grubym dnem przesmażamy cebulę. Kiedy się zarumieni dodajemy wrzątek, pietruszkę, marchew oraz kawałek selera pokrojone w kostkę. Jeśli używacie kapusty pekińskiej dodajcie ją na tym etapie. Dusimy do czasu aż warzywa będą tak miękkie jak lubimy. Następnie dodajemy ugotowaną białą fasolę i białą kapustę jeśli nie dodaliście kapusty wcześniej.
Zmniejszamy ogień tak aby płyn lekko "bulgotał". Do bulionu delikatnie wkładamy pokrojonego gołąbka i podgrzewamy. Ugotowaną "zupę" delikatnie przekładamy do miseczki.
Smacznego

piątek, 20 kwietnia 2018

Dzień dobry
Tak na prawdę to nie wiem co mogłabym napisać. Mamy wiosnę. Czujecie? Cieszycie się? Już niedługo będzie można cieszyć się pierwszymi warzywami z własnego ogródka a za jakiś czas owocami z sadu. Nie mogę się doczekać a tym czasem zapraszam do lektury dzisiejszego wpisu. Jest coś dla głodomora i dla głodnego ale inaczej - pożeracza książek i poszukującego ciekawej literatury oraz niebanalnych książek :)

Kolejny przepis z serii szybkie, niewymagające i banalnie proste. Wegańska fasolka po bretońsku a może fasolowa z kaszą jaglaną? Zwał jak zwał - najważniejsze, że wyszło smacznie :)

Składniki
cebula
ugotowana biała fasola
koncentrat pomidorowy
woda lub bulion warzywny
majeranek lub zioła prowansalskie
ulubione przyprawy

* koncentrat i wodę/bulion można zastąpić pomidorami z puszki

Na głębokim patelni lub w garnku z grubym dnem przesmażamy drobno posiekaną cebulę. Kiedy się zarumieni, wrzucamy ugotowaną białą fasolę a następnie wlewamy przegotowaną gorącą wodę (lub bulion) wymieszaną z koncentratem pomidorowym. Płynu wlewamy tyle aby uzyskać pożądaną przez nas konsystencję sosu. Dodajemy zioła prowansalskie/majeranek i dusimy przez kilka minut. Doprawiamy do smaku. Podajemy z ulubionymi dodatkami - u mnie ugotowana kasza jaglana.

Dwoje Ludzi Iwona Chmielewska

 Książka nietypowa. Wydawać by się mogło, że z obrazkami dla dzieci i dla dzieci, jednak nie jest to oczywiste. Tak na prawdę to ciężko włożyć ją do jednej szufladki z książkami dla dzieci lub dorosłych. Ciężko też dokładnie określić gatunek z wyjątkiem tego, że jest to picturebook, ale i to nie mówi wszystkiego. Książka obrazowa ale jednocześnie z tekstem. Nie byle jakim tekstem... takim z którego każdy może wyciągnąć całkiem inne wnioski.

"Gdy dwoje ludzi żyje razem,
to jest im łatwiej, bo są razem
i jest im trudniej, bo są razem."


 Książka opowiada o relacjach międzyludzkich i związkach, które mogą być słodkie, namiętne, chłodne, solidne, słabe... o stopniu ich skomplikowania, trudach, odmienności obu stron, konieczności akceptacji i troski o tę drugą osobę ale również nieporozumieniach i kłótniach. O byciu razem - ze sobą a nie osobno, czy obok siebie - daleko. O dzieleniu radości i smutków, wspólnych sukcesach ale i zmartwieniach oraz problemach. To relacje jak najbardziej prawdziwe - realne a nie będące wytworem naszej wyobraźni, fantazji, czy wyciągnięte internetu. Jest w nich miejsce na miłość, uśmiech, wspólne radości, troskę o siebie ale i nienawiść, kłótnie, samotność, łzy... czasem ludzie są blisko siebie i rozumieją się bez słów a czasem każde podąża własną drogą i nie potrafią ponownie się spotkać, czasem jedno wciąż daje a drugie bierze... Nie zawsze życie jest usłane różami a jeśli tak, to bywa, że te róże mają kolce, które pokaźnie ranią.

 Język nie jest skomplikowany, czasem wręcz poetycki pełen metafor. To jak go zrozumiemy w dużej mierze zależy od nas samych - tego co przeżyliśmy, co skrywamy w sobie, na jakim etapie życia jesteśmy.
 Ilustracje Chmielewskiej również są proste i bardzo symboliczne, lecz przemyślane. Osobiście nie szczególnie taki rysunek mi się podoba, jednak w połączeniu z tekstem nabiera całkiem innego znaczenia i wyrazu. Według mnie idealnie współgra ze słowami oddając ich ukryty sens oraz znaczenie.

„Ludzie mogą być też
mocno złączeni jak dwie
okładki o miłości,
bez których ta opowieść
by się rozsypała.”



 "Dwoje ludzi" to lektura uniwersalna a prawdy w nie zawarte nie da się podzielić na ważne, mniej ważne i nieistotne - na te dla dorosłych i dzieci. One wszystkie jeśli dotrą tam gdzie powinny, czyli do serca są równie istotne i mają takie same znaczenie.
 Książka może otworzyć serca i oczy na drugą osobę a uszy i usta na rozmowę o tym co ważne. Pokazuje, że zarówno związek jak i relacje miedzy ludźmi z jednej strony są piękne ale z drugiej skomplikowane i kruche. Aby przetrwały wymagają czasu, naszej uwagi, czasem poświęcenia, jednak są tego warte.
 Książka ciekawa i oryginalna - dla niektórych z pewnością również wzruszająca. Może stanowić dobry prezent np. na rocznicę ślubu a jej fragmenty wpis do ślubnej księgi gości lub dedykację dla bliskiej osoby.

"Gdy dwoje ludzi żyje razem,
bywa, że mogą zrobić wszystko.
Nawet trzeciego człowieka."


środa, 18 kwietnia 2018

Dzień dobry
Dzisiaj tak jak całkiem niedawno będzie kulinarnie i książkowo. Właściwie to książkowo i kulinarnie, ponieważ część książkowa jest dłuższa, ale znalazło się miejsce i na coś do upichcenia i zjedzenia. Jeśli nie jesteście ciekawi tego jakie książki mam Wam do pokazania, przejdźcie do końca wpisu, gdzie znajdziecie przepis. Jednak zachęcam do zapoznania się z całym wpisem. Będzie mi miło :)


 "Papiernik, czyli skąd się biorą opowieści" wydawnictwa TADAM to książka niezwykła i wyjątkowa - rzekomo kierowana do najmłodszych czytelników, ale z wypiekami na twarzy przeczyta ją nie jeden dorosły. To swego rodzaju współczesna baśn, która zabiera czytelnika w podróż pełną przygód, niesamowitych historii i wydarzeń - podróż przez świat wyobraźni.
 Jesteście gotowi na taką wycieczkę? Jeśli tak usiądźcie wygodnie w fotelu, na kanapie bądź krześle i pozwólcie porwać - odpłynąć w najdalsze zakątki swojej wyobraźni.... zanurzyć w magiczny, baśniowy świat.

 Poznajcie Papiernika - specjalistę od łapania opowieści. Mężczyzna pracuje w opuszczonej wieży, gdzie opiekuje się papierem i historiami, które on skrywa. Jednak nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać, bowiem papier wymaga specjalnej uwagi i wyjątkowego traktowania. Każdego dnia Papiernik przygotowuje go do lotu, wczesnym rankiem wypuszcza i czeka... czeka aż do następnego dnia, by móc go złapać i wysłuchać opowieści, które ten ze sobą przyniósł. Z wielką uwagą przysłuchuje się wszystkim historiom a te najcenniejsze - jeszcze przez nikogo nie opowiedziane zachowuje i dołącza do swojej kolekcji. Tymi najciekawszymi postanawia się z nami podzielić....

 Każda z 14 opowieści jest osobną przygodą i porusza inny temat oraz inne wartości z nim związane: przyjaźni, marzeń, rodziny, zdrowia, walki o siebie i swoje cele. Jedne nawiązują do tradycyjnych i dobrze znanych baśni (np. o Rybaku i złotej rybce) a inne to całkiem "nowe" historie, które przenoszą nas za dalekie oceany, w chmury czy do świata Wikingów. Ich bohaterami są nie tylko ludzie (mężczyźni, kobiety, chłopcy i dziewczęta) ale również zwierzęta (psy, koty) i magiczne postacie - stwory żyjące tylko w wyobraźni. Opowieści mimo iż baśniowe nie zawsze kończą się szczęśliwie.
 
 Oprawa graficzna i ilustracje tej książki zasługują na oddzielny akapit. Prace Rocha Urbaniaka są niezwykłe i nie chodzi tylko i wyłącznie o pomysł, wykonanie czy mnogość barw. Krakowski artysta stworzył niezwykły świat - świat w którym czekają nas przygody, coś nowego i tajemniczego - taki, który uruchamia i pobudza wyobraźnię. Ta mnogość szczegółów, detali... one same w sobie opowiadają daną historię a tekst jest tylko uzupełnieniem. Spoglądając na nie można zapomnieć o wszystkim co nas otacza i co przyziemne.

 Jak to najczęściej ze zbiorami bywa umieszczone w nich opowiadania są bardziej lub mniej interesujące. Nie postawiłabym ich na tym samym poziomie - nie wszystkie były dla mnie tak samo ciekawe i nie wszystkie tak samo mnie wciągnęły, ale doceniam pomysł autora. W trakcie lektury można poczuć jego pasję do opowiadania historii. Jednocześnie niejednokrotnie bywa, że strona artysty bierze górę - pojawiają się drobne powtórzenia przez co tekst może wydać się nieco "toporny w odbiorze". Mimo tego całokształt i oprawa wizualna sprawiają, że z każdą przeczytaną opowieścią wsiąkamy w wykreowany świat - przyzwyczajamy się do stylu autora przymykając oczy na te drobne "potknięcia".
 Chociaż i tutaj mam pewne zastrzeżenia. Dokładnie chodzi o rozmieszczenie tekstu i zbyt małe marginesy, co sprawia wrażenie upchnięcia tekstu na siłę. - takiej ciasnoty i może sprawić, że nasz wzrok męczy się w trakcie lektury.

 Jakby nie było "Papiernik.." to zbiór pięknie zilustrowanych współczesnych baśni, które najprawdopodobniej spodobają się nie tylko nie jednemu młodemu czytelnikowi, ale również dorosłemu lubiącemu tego typu opowieści. Nie tylko pobudza wyobraźnię ale może stanowić również inspirację do tworzenia własnych historii i ilustracji.


  "Lot Osvalda" francuskiego autora Thomasa Baas’a to książka,która tylko sprawia wrażenie kierowanej tylko i wyłącznie do dzieci - tal na prawdę może poruszyć również starszego i dorosłego czytelnika.
 Historia wydawać by się mogła banalna. Główny bohater - tytułowy Osvald to sympatyczny, elegancki i stateczny mężczyzna w cylindrze, który wiedzie spokojne życie. Mieszka w małym i przytulnym pokoiku na poddaszu kamienicy wraz ze swoim jednym przyjacielem - małym ptaszkiem Fiu-Fiu. Mimo iż poza ptaszyną nie posiada nikogo, nie odczuwa smutku i przygnębienia. Wręcz przeciwnie - niczego mu nie brakuje, żyje mu się dobrze i czuje się szczęśliwy. Każdego dnia jego mały towarzysz budzi go swoim porannym śpiewem a wieczorami wita, kiedy ten zmęczony wraca do domu. Jednak pewnego dnia mieszkaniec niewielkiej klatki zamilkł....

Fiu-Fiu przestał śpiewać.
Ani tego wieczoru, ani następnego nie podskakiwał.
Zamilkł.

"Pewnie tęskni za niebem", pomyślał Osvaldo.
Postawił klatkę tuż przy oknie,
ale ptaszek wciąż milczał.

 Osvaldo wpada w panikę. Wszelkimi sposobami próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie co dolega i jak pomóc małej ptaszynie. Pragnie ponownie usłyszeć jej głos. Próbuje kolejnych rzeczy, jednak na próżno - Fiu-Fiu nadal milczy. Pewnego dnia trafia do tajemniczego sklepu, gdzie namówiony przez sprzedawczynię, kupuje małą roślinkę. Podobna ma ona niesamowite właściwości – uszczęśliwi każdego, komu się ją podaruje...

„czy on kiedyś jeszcze zaśpiewa?”.

 Wątkiem, który od razu nasuwa się na myśl kiedy czytamy tę książkę jest ogromna więź jaka łączy głównego bohatera i jego pierzastego przyjaciela. Uczucie, którym mężczyzna darzy ulubieńca jest tak silne, że składnia go do "wielkich" czynów - pokonywania swoich obaw, tego czego się boi, słabości...
 Równolegle do tej historii toczy się druga, którą dostrzeże tylko uważny czytelnik. Osvaldo traci jedno, ale zyskuje coś innego - coś co jak mu się wydaje spada na niego dość niespodziewanie a jest równie ważne i piękne. Co to jest? Tego już Wam nie zdradzę - wiele dopowiada oprawa graficzna tej książki.
 Kolorystyka w jakiej została utrzymana to połączenie dwóch barw: zieleni i czerwieni. Zieleń - kolor nadziei, tej której ogromne pokłady miał w sobie nasz bohater. Czerwień - tutaj dopowiedzcie sobie sami.
 To ciepła i przyjemna opowieść, która może spodobać się lub nie, ale którą warto poznać.

    


Czas na część kulinarną i przepis na szybki w przygotowaniu wegański kapuśniak orkiszowy z białą fasolą . Przepis opiera się na podobnym, który już jakiś czas temu pojawił się na blogu. Różnica polega za zamianie niektórych składników

Składniki (1 porcja)
salaterka ugotowanej kapusty z marchewką i zieloną częścią pora
ugotowana biała fasola
kawałek cebuli
pieprz czarny, ziołowy, cayenne
zioła prowansalskie lub majeranek
ew. wędzona papryka
ew. 1-2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
ok 1 szklanki wrzątku

1/2 szklanki kaszy orkiszowej

Kaszę orkiszową gotujemy wedle własnych upodobań (ja gotuje al dante).
W garnku o grubym dnie lub na głębokiej patelni rozgrzewamy olej i przesmażamy na złoto drobno posiekaną cebulę. Dodajemy ugotowaną kapustę, przesmażamy przez chwilę. Następnie wlewamy wrzątek, ewentualnie dodajemy koncentrat pomidorowy oraz ugotowaną białą fasolę. Doprawiamy do smaku i dusimy przez krótką chwilę. Gdyby nasz gulasz/zupa był za gęsty dolewamy jeszcze odrobinę płynu.
Do miski przekładamy ugotowaną kasze jaglaną, zalewamy naszym gulaszem i podajemy najlepiej z natką pietruszki.
Smacznego

 
1 , 2


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę tekst alternatywny