.

Wpisy z tagiem: kakao

poniedziałek, 11 lutego 2019

 Dzisiejszy wpis należy do tych dwu tematycznych - łączonych. Pierwsza jego część to książka, natomiast druga recenzja słodkości. Mam nadzieję, że znajdziecie w nim coś co Was zainteresuje ;)

 Nie będę ukrywać, że nie tylko treść książki ma dla mnie znaczenie ale również jej wydanie. Po starannie wykonane książki człowiek chętniej sięga - chce brać je do ręki, oglądać, przeglądać, czytać wracać. Nie tylko ładnie prezentują się na półce ale również mogą być przekazane przyszłym pokoleniom - stają się ponad czasowe.

  Wydawnictwo MG kilkukrotnie zwróciło moją uwagę pięknymi wydaniami książek. Jedną z takich pozycji była i jest "Inteligencja kwiatów" Maurice’a Maeterlincka z 1907 roku. Twarda okładka z płóciennym obiciem na której widnieją kwiaty, niewielki format, dobrej jakości papier i te ryciny. Najprawdopodobniej gdyby nie takie wydanie, to nie nie sięgnęłabym po tę pozycję. A jak wizualne piękno przełożyło się na treść?

  Maurice Maeterlinck to piszący po francusku belgijski poeta, dramaturg, eseista, tłumacz a także laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1911. W jego dorobku znajdziemy takie dzieła jak: Życie pszczół, Życie termitów i Życie mrówek oraz opisywana Inteligencja kwiatów. Z jednej strony do sięgnięcia po książkę zachęciło mnie wydanie, z drugiej tytuł wzbudzał ciekawość.

  Inteligencja kwiatów to esej z 1907 roku w którym autor w filozoficzny a zarazem osobisty sposób omawia życie roślin jak również ich chęć do życia i rozmnażania się. Zważywszy na lata w których esej był pisany, język odbiega od tego do którego przywykł współczesny czytelnik. Zdania są rozwinięte i "inaczej" zbudowane niż pisze się obecnie a słownictwo wielu uzna za "przestarzałe". Ponadto sporo tutaj wstawek filozoficznych, przemyśleń i rozbudowanych wywodów, które często odbiegają od głównego tematu.

  "Jeśli trudno nam, ludziom, powiedzieć, które z rozmaitych praw natury nęka nas najdotkliwiej, to dla rośliny nie ulega żadnej kwestii, najokrutniejszym jest konieczność trwania w jednym miejscu od narodzin do śmierci."

  W swoim eseju autor jako wnikliwy obserwator i pasjonat przyrody skupia się na omówieniu życia roślin: ich funkcjonowaniu i rozmnażaniu oraz walce o przetrwanie w trudnych warunkach, starając się udowodnić, że posiadają własną inteligencję (np. potrafią przewidywać zmiany pogody jak również przystosowywać się do tych zmian i "ulepszać"). Często porównuje je do ludzi, pisząc o tym, że one również tańczą, kochają, obserwują, są sprytne i myślą. Pod względem inteligencji stawia ich na równi a nie kiedy powyżej gatunku ludzkiego.



  Zarówno tematyka jak i specyficzny język sprawiają, że Inteligencja kwiatów nie jest książką dla każdego. Według mnie nie jest to również dobra książka na początek przygody z książkami o naturze. To wymagająca i trudna lektura, która wymaga czasu i skupienia. Z jednej strony może zachwycić tym w jaki sposób została napisana a z drugiej nie każdego zauroczy "dawny" język i nie każdego wciągnie treść. Odniosłam wrażenie, że jest to pozycja dla obeznanych z tematem a także ludzi, którzy nie czytają tyle dla faktów (od tamtego czasu nauka a także wiedza w dziedzinie biologii znacznie poszła do przodu i wiele informacji, jest już nieaktualna) co dla piękna i zachwytu nad światem roślin. Maeterlinck z miłością i pasją pisze o roślinach (głównie o kwiatach). Z każdego zdania wyłania się szacunek dla świata roślin, podziw, jego pasja i zaangażowanie. Można powiedzieć, że stworzył poemat na cześć roślin.

„Idą po omacku przez tę samą ciemność, napotykają te same przeszkody i walczą z tą samą uporczywą złą wolą niepoznawalnych sił. Ulegają tym samym prawom, doznają podobnych co my rozczarowań i odnoszą podobne naszym powolne i mozolne triumfy. Obdarzone są niemal podobną do naszej cierpliwością, wytrwałością i miłością własną, posiadają takie jak my odcienie inteligencji, tę samą nadzieję i ideały.”

  W całości zabrakło mi podsumowania, które mówiłoby które z informacji umieszczonych w książce zmieniły się na przestrzeni lat. Jestem przekonana, że nie tylko ja, ale również inni czytelnicy ze względu na brak wystarczającej wiedzy, nie wyłapią takich kwestii, chociaż niektóre są proste w wyłapaniu (np. to, że grzybów nie zaliczamy do świata roślin). Mimo tego całość uważam za wartościową lekturę, taką którą można bez wstydu postawić u siebie na półce i wracać do niej co jakiś czas - czytając wyrywkowo. Według mnie wypada lepiej od wysławianego "Sekretnego życie drzew" oraz "Duchowego życia zwierząt". Jeśli jednak nawet w najmniejszym stopniu nie interesuje Was botanika oraz przyroda, to nie gwarantuje, że ta książka przypadnie Wam do gustu.

Tytuł: Inteligencja kwiatów | Autor: Maurice Maeterlinck | Wydawnictwo: MG | Okładka: twarda | Ilość stron: 192


Skład: daktyl, orzechy (orzechy nerkowca, migdały), ziarno kakaowca (8%), kakao.
Masa netto: 35g

Wartość odżywcza (100g)
tłuszcz 9,3g w tym kw tł nas 3,5g węglowodany 59g w tym cukry 51g błonnik 8,4g białko 5,5g sól < 0,01g

Wartość odżywcza (35g)
tłuszcz 3,2g w tym kw tłu nas 1,2g węglowodany 21g w tym cukry 18g błonnik 2,9g białko 1,9g sól < 0,01g

Opinia - Opakowanie batonika jest estetyczne i widać, że przemyślane. Widnieją na nim najważniejsze informacje odnośnie produktu - z jakich składników się składa oraz, że jest to produkt naturalny. I rzeczywiście w składzie nie znajdziemy żadnej chemii - to tylko daktyle, orzechy, ziarno kakaowca oraz kakao.

  Batonik jest podłużny - taki prostokąt z zaokraglonymi krótszym i bokami. Posiada czarno-bordową barwę (niczym buraczki) z połyskiem i widocznymi kawałkami orzechów. Pod palcami lepki, miękki i podatny na odkształcenia. Ponadto przyjemnie i wyraźnie pachnie surowym kakao z nutką kwasku.

 Wgryzienie się w batonik nie sprawia żadnych problemów - zęby z łatwością zanurzają się w daktylowej masie. W konsystencji taki.... gumiasty z chrupkim akcentem w postaci ziaren kakao. Rozpuszcza się typowo daktylowo niekiedy oblepiając zęby.

 W smaku od razu poczułam daktyle z delikatną kwaskowatą nutą. Po chwili uwolnił się subtelny smak kakao nieco łagodząc słodycz z nutą charakterystyczną dla produktów RAW. Pod zębami przyjemnie chrupią nibsy, z kolei orzechy są miękkie i nie wnoszą nic do smaku.

  Jest wyraźnie słodko ale i kakaowo zarazem - trochę jak słodsza deserowa czekolada. Dla mnie za słodko - batonik zjadłam tylko do połowy. Jednak jeśli nie zasładzają Was daktyle i lubicie kakao, dla Was powinien być akurat. Ogólnie smaczny ale nie na tyle bym chciała do niego wrócić.

Wartość energetyczna w 100g - 358 kcal
Wartość energetyczna w batoniku (35g) - 125 kcal
Cena - ok 2,99zł (Rossman?)
Ocena - 3,5-4/6

poniedziałek, 14 stycznia 2019


  Nie chcę zbytnio wypowiadać się na temat czekolady i jej miłośników ale przypuszczam, że większość z Was ją lubi a niektórzy wręcz uwielbiają. Mnie osobiście do niej nie ciągnie, bo wolę czyste kakao ale z przyjemnością wybrałabym się do takiej fabryki czekolady, zwłaszcza wyjątkowej i magicznej jaką jest Fabryka Willy'ego Wonky (jeszcze 2-3 lata temu nie wiedziałam o istnieniu czekolady Wonka).
  Jednak nie myślałam o tym od zawsze, wszakże nigdy nie pałałam miłością do czekolady. Owa myśl zrodziła się w głowie po obejrzeniu filmy Charlie i Fabryka Czekolady, bo książkę poznałam kilka lat potem.

Jest w mroźnej pogodzie coś, co wzmaga apetyt. Większość z nas zaczyna w takich okolicznościach marzyć o gęstych, dymiących gulaszach i szarlotkach prosto z pieca oraz o całej masie innych gorących pychotek; a ponieważ jesteśmy dużo większymi szczęściarzami, niż to sobie wyobrażamy, więc zwykle, a przynajmniej dość często, dostajemy to, cośmy sobie wymarzyli.


  Charlie Bucket, chłopiec mieszkający z rodziną w małym domku na przedmieściach dużego miasta marzył o czekoladzie. Niestety jego rodzina była bardzo biedna i nie stać ich było na taki smakołyk. Wyjątek stanowił dzień urodzin chłopca w którym to w prezencie urodzinowym otrzymywał tabliczkę upragnionej czekolady. I w jednej z takich tabliczek Charlie odnajduje złoty kupon, który jest przepustką do największej fabryki czekolady na świecie - fabryki Willy'ego Wonky. Taki sam kupon znalazło pięcioro innych dzieci z których każde może zabrać ze sobą jednego dorosłego. Czeka na nich fantastyczna przygoda w miejscu gdzie rzeką płynie czekolada a wszystkie rośliny zrobione są ze słodyczy....

"Śmietana nigdy nie będzie ubita, jeśli się jej nie potraktuje biczami. Podobnie jak nie zrobisz jajek sadzonych bez stołka do posadzenia."


  Co mogę powiedzieć o tej książce? To ciepła, przesympatyczna opowieść, która spodobała mi się tak samo jak wtedy kiedy czytałam ją po raz pierwszy i kiedy oglądałam film (3-4 razy). Nie wiem czy to ze względu na magiczny klimat i czekoladę, czy czas emisji filmu w telewizji, podobnie jak "Opowieści z Narnii" kojarzy mi się ze Świętami Bożego Narodzenia ale właśnie tak jest (choć nie ukrywam, że za pierwszym razem czytałam ją latem a teraz wczesną jesienią).
  Jakby nie było książka dostarczyła mi wiele frajdy mimo iż lata dziecięce już dawno mam za sobą a czekolada mogłaby dla mnie nie istnieć (co innego kakao). Bo czego tutaj nie ma....
  Rzeka i wodospad z płynącej czekolady, chmury z waty cukrowej, guma do żucia o smaku trzydaniowego obiadu... Małe ludziki pracują w pocie czoła, wiewiórki siedzą na małych niebieskich stołeczkach i sumiennie przebierają orzeszki, wodospad miesza i ubija czekoladę, wszystko dookoła było jadalne (nawet trawa) a w powietrzu unosiły się najpiękniejsze zapachy świata: czekolada, kawa, orzechy, fiołki, skórka pomarańczowa.

 "Wszystko jest tutaj jadalne, łącznie ze mną. Ale to nazywa się kanibalizmem, drogie dzieci, i spotyka się z dezaprobatą w większości społeczeństw."



  Jest dziecięca fantazja, magia i wyobraźnia. Są też marzenia i dobra zabawa. A to wszystko bez wampirów, wilkołaków i czarownic. Bez przemocy, agresji i wulgaryzmu.
  Prosta fabuła i proste słowa a jaki wielki wydźwięk i przekaz. I jest on jeszcze mocniejszy bo ta opowiastka niesie ze sobą piękny morał i przesłanie. Dla każdego - małego i dużego.
  Pokazuje jak istotną rolę w wychowaniu i dorastaniu dziecka pełnią rodzice. W historii mamy czwórkę dzieci - każde zadufane w sobie i z jakimś "uzależnieniem", bo mają wszystko. I każde z tych dzieci za nieodpowiedni los spotyka kara. Jedynie Charlie jako biedy chłopiec wykazuje się skromnością - nie został rozpieszczony.
  A co najważniejsze pokazuje, że nie można rezygnować z marzeń, bo one mogą się spełnić. I kiedyś się spełnią ale w najmniej oczekiwanym dla nas momencie. To piękna, mądra i pouczająca opowieść o marzeniach i sile rodziny.

"(..) nic nie jest niemożliwe"



  I na koniec mała ciekawostka. Inspiracją do napisania tej książki były wspomnienia Roalda Dahla z dzieciństwa. Jego szkołę odwiedziła delegacja z fabryki czekolady i uczniowie mieli możliwość degustować jej wyroby. Całość powstała w 1964 roku w niewielkiej murowanej chatce, którą pisarz kazał zbudować w swoim sadzie. Można powiedzieć, że to był taki "warsztat pracy", gdzie powstawały wszystkie powieści autora i nikt poza nim nie miał tam wstępu. Dziś to miejsce jest udostępnione dla zwiedzających, którzy mogą zobaczyć między innymi biurko przy którym tworzył pisarz. 

 „[…] większość z nas ma więcej szczęścia, niż podejrzewa, więc najczęściej dostajemy to, czego pragniemy, albo przynajmniej coś zbliżonego.”

A jeśli interesują Was ciekawostki ze świata Roalda Dahla zapraszam na poświęcony jemu fanpage :)

I teraz obiecany przepis na wegańskie, bezglutenowe ciasteczka owsiano-gryczane z powidłami i czekoladą

(przepis inspirowany przepisem z mojego zeszytu)
Składniki:
szklanka płatków owsianych (u mnie bezglutenowe)
szklanka mąki gryczanej
3 łyżki bezglutenowej mąki owsianej (zmielone płatki owsiane)
1-2 łyżki kakao - takie z górką (dałam dwie)
*1/2 szklanki ksylitolu
2 łyżki mielonego siemienia lnianego
220g powideł śliwkowych (u mnie domowe, bez cukru)
**80ml oleju rzepakowego/kokosowego
100g gorzkiej czekolady (u mnie 90% kakao)
100g posiekanych orzechów włoskich
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
ew kilka łyżek wody (gdyby masa nie chciała się lepić)

*ilość zależy od stopnia słodkości powideł śliwkowych i czekolady. Ich dodatek wpłynie na końcowy smak ciasteczek - zmniejszy ich słodkość. Najlepiej spróbować gotowej masy i ewentualnie ją dosłodzić
**może być rzepakowy jak również rozpuszczony kokosowy


Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy kakao, siemię lniane, ksylitol, sodę, sól oraz posiekane orzechy włoskie i mieszamy. Następnie dodajemy powidła, wlewamy olej i ponownie mieszamy - masa powinna być zwarta. W razie potrzeby dolewamy kilka łyżek wody.
Na końcu dodajemy posiekaną czekoladę i jeszcze raz delikatnie mieszamy.
Z masy formujemy kulki, które wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i delikatnie spłaszczamy. Najlepiej by masa długo nie miała styczności z ciepłymi dłońmi, gdyż czekolada zacznie się rozpuszczać.
Pieczemy w 180 stopniach ok 20-25 minut. Jednak należy to sprawdzać, gdyż każdy piekarnik jest inny. Studzimy na kratce.
Smacznego

poniedziałek, 10 grudnia 2018

To już drugi przepis na brownie jaki pojawia się na blogu (pierwszy przepis). Proste w przygotowaniu z ogólnodostępnych składników, bez dodatku cukru (no prawie - nie licząc tego w czekoladzie), mleka i jajek - produktów odzwierzęcych. Aromatyczne, intensywnie czekoladowe, smaczne i na swój sposób zdrowe. Wegańskie brownie

Składniki / 21x21/

* 100g namoczonych rodzynek
*300g czekolady gorzkiej lub deserowej

150 ml oleju rzepakowego/kokosowego (ok 1/2 szklanki)
50-100 ml ml ciepłej wody
2 kopiaste łyżki masła orzechowego (u mnie TAKIE)

 10 łyżek kakao (1/2-2/3 szklanki - użyłam TAKIEGO)
2,5 szklanki mąki pszennej
szczypta soli
łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki mielonego siemienia lnianego

* mogą być również: wiśnie/daktyle/żurawina/morele lub ich mieszanka
** wykorzystałam J.D.Gross z Lidla 70% - możecie użyć o mniejszej zawartości miazgi kakaowej
*** kakao jest od firmy BRAT o której pisałam w HAUL SPOŻYWCZYM

Mąkę przesiewamy do miski razem z proszkiem do pieczenia. Dodajemy kakao, sól oraz siemię lniane.
Czekoladę rozpuszczamy w garnuszku i na małym ogniu razem z olejem oraz wodą.
Rodzynki blendujemy na gładką masę. Jeśli pojawi się problem, dodajemy trochę czekoladowej masy i miksujemy.

Tak powstałą masę dodajemy do suchych składników. Następnie dodajemy masę czekoladową, masło orzechowe i dokładnie mieszamy. Gdyby masa była zbyt sucha jeszcze dolewamy wody.

Wylewamy do natłuszczonej foremki. Pieczemy w 180 stopniach ok. 30 minut lub dłużej jeśli uznamy, że brownie jest zbyt wilgotne.
Brownie po wyjęciu z piekarnika jest miękkie ale tężeje po spędzeniu kilku godzin w lodówce.
Smacznego


Na koniec aby umilić popołudniowy kawałek ciasta i oczekiwanie na Święta - świąteczna opowieść. Jednak nie taka, która jest powiązana z religią oraz wiarą, mimo iż tytuł może tak sugerować. I mimo iż znajdziecie w niej ziarenka prawdy, jak i cały ogólny przekaz do niej nawiązuje, tak na prawdę to zupełnie nowe spojrzenie na tę historię - taka alternatywna opowieść... z nutką "grozy" ale i przesłaniem



  W małej drewnianej chatce w głębi Finlandii mieszka chłopiec, którego tata nazywa Gwiazdką. Dziecko przedwcześnie straciło matkę, ponadto żyje w ciężkich warunkach, żywi się czerstwym chlebem a jego jedyną zabawką i zarazem pamiątką po mamie jest lalka wyrzeźbiona z rzepy. Tata - drwal ciężko pracuje i praktycznie przez cały dzień nie ma go w domu. Mimo tego chłopiec jest szczęśliwy i posiada w sobie mnóstwo wrażliwości oraz empatii a także wierzy... całym sercem w magię.

  Pewnego dnia jego Tato opuszcza dom na trzy miesiące w celu odnalezienia wioski Elfów. Na czas jego nieobecności opiekę nad chłopcem przejmuje ciotka Karlotta, która nie jest uprzejmą osobą. Kiedy po trzech miesiącach ojca chłopca nadal nie ma w domu, ten postanawia udać się na jego poszukiwania, rozpoczynając największą przygodę swojego życia.

  Chłopiec zwany Gwiazdką Matta Haig'a to opowieść o Mikołaju, jednak nie tym w czerwonym kubraku i workiem prezentów na plecach. Nie jest to również biskup, którego znamy w mniejszym bądź większym stopniu. To opowieść o chłopcu, który chciał pomagać innym.
  Nie jest to słodka, lukrowana i wesoła historia. Miód i czekolada nie wylewają się strumieniami, nie jest błogo i wesoło. To nie zabawa. Znajdziecie tutaj niepewność, tajemnicę i nutkę grozę niczym z baśni braci Grimm lub filmu Grinch Świąt nie będzie. Tym samym nie jest to opowieść dla wrażliwych maluchów. I mam wrażenie, że również nie dla osób którzy tradycję Mikołaja wiążą tylko i wyłącznie z religią.

  Jesteście ciekawi dlaczego?
  Autor stworzył nowe i nietypowe spojrzenie na historię świętego Mikołaja - alternatywną opowieść. Z jednej strony stara się odpowiedzieć na pytania skąd wziął się Mikołaj, którego w naszej świadomości utrwaliła popkultura (ten, który nie ma nic wspólnego z biskupem z Miry) a także tradycja pisania listów, chowania prezentów w skarpety, czy też powstania listy dobrych i złych uczynków.
  Z drugiej tak na prawdę stanowią one skrawek powieści, będąc pretekstem do poruszenia innych - istotnych tematów takich jak bieda, tęsknota, trudne dzieciństwo, pojęcie dobra i zła, poważne i ciężkie wybory a także wiara, dobroć, nadzieja i istota Świąt Bożego Narodzenia...


  Klimat. No właśnie. Wspominałam, że nie jest słodko i wesoło?
  Przełożyły się na to treść jak i ilustracje, które wydawać by się mogło nie pasują do świątecznej opowieści. Jednak zważywszy na tekst, człowiek zupełnie zmienia zdanie - tak na prawdę bardzo dobrze uzupełniają treść tej opowieści.
  Tutaj niemal z każdej strony wydzierają się bieda, smutek i mrok, jednak nie ten "demoniczny", ale który spotykamy książkach z dreszczykiem. Znajdziemy tu między innymi wróżkę bawiącą się w wysadzanie głów elfów, trolla, zdeformowanego i rannego renifera a także poświęcenie aby uratować życie kogoś kogo kochamy. Jednocześnie opisy nie są krwawe i brutalne niczym w horrorach.

    Jednak jak na książkę dla młodszego czytelnika przystało zostają one wplecione w fabułę na przemian z tym co piękne i dobre. Przez tą gorzko-słodką otoczkę przebija morał i wiele ponadczasowych wartości.
  Czytelnik dostrzega odwieczną walkę dobra ze złem, to jak chciwość wyniszcza człowieka i do jakich prowadzi to dramatów. Widzi co tak na prawdę jest ważne w życiu i co stanowi istotę Świąt: dobroć, wiara, czyste serce, życie w zgodzie z własnym sumieniem, poświęcenie dla innych... Rodzina i wspólnie spędzony czas. Nie kłamstwo, pieniądze i prezenty a bycie razem.

  Wyłania się z niej również człowieka, który od dziecka chce pomagać innym. I tak! Jest to portret Mikołaja, który mocno odnosi się do popkultury, jednak tak na prawdę taki sam obraz dostajemy w familijnych filmach o życiu tego człowieka... i nie ukrywajmy, wielu z nas je ogląda. 

  Tym co a raczej kto nie spodobał mi się w książce, to wróżka i wysadzanie w powietrze elfich głów - wprawdzie to tylko jeden fragment i ma on na celu pewien zabieg związany z fabułą a wróżka odnajduje alternatywę tej "zabawy", jednak według mnie można byłoby inaczej to pokazać. 

  W moich oczach Chłopiec zwany Gwiazdką to nie dzieło na miano Diceknsa (chyba nikt i nic nie przebije "Opowieści wigilijnej"), ale doceniam pomysł i przesłanie. Zdaję sobie sprawę również z tego, że za stylem Dickensa nie każdy przepada - dla niektórych jest on zbyt ciężki. Tutaj powinno być lżej - wszakże to książka dla młodszych czytelników. Przypuszczam, że powstała po to aby pomóc zrozumieć co tak na prawdę jest ważne w życiu - nie tylko w Święta ale każdego dnia.

Tytuł: Chłopiec zwany Gwiazdką | Autor: Matt Haig | Tłumaczenie: Ernest Bryll, Marta Bryll | Ilustracje: Chris Mould |Wydawnictwo: Zysk i s-ka | Liczba stron: 260

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6


AWARIA!
Z PRZYCZYN TECHNICZNYCH WCZEŚNIEJSZYCH ZDJĘĆ Z BLOGA NIESTETY NIE DA SIĘ ODZYSKAĆ! PRZEPRASZAM :(

Jeśli jesteś zainteresowany współpracą z blogiem lub masz jakieś pytania pisz: szyszula@poczta.onet.pl

nazwa alternatywna
nazwa alternatywna
Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Durszlak.pl
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Odszukaj.com - przepisy kulinarne
Top Blogi

Znajdź książkę
tekst alternatywny
tekst alternatywny

tekst alternatywny